Internet. Gdybym go nie miał, sprawa byłaby jasna. A tak? Niby jest, ale strony otwierają się ospale, a bywa, że wcale. Chcę szybko wysłać kilka zdjęć? Nie mogę! Obejrzeć film? Przerywa. Normalnie pracować? Nie dziś. Wolny internet to zmora, to strata pieniędzy, czasu i nerwów. A miało być tak pięknie...

Nieco wcześniej, przedłużając umowę, operator kusił, że przyspieszy mi łącze w myśl reklamy "szybszy internet w niższej cenie - do 10 Mb/s za 49 zł". Czyli zwiększy prędkość pobierania danych. Zgodziłem się. Po tygodniu nie miałem wątpliwości: różnica jest. Niestety. Z wielkim trudem udało mi się wejść na speedtest.net i uruchomić program, który jest w internecie tym, czym prędkościomierz w aucie. I co? Było sześć megabitów, miało być dziesięć, a jest... niecały megabit!

Jak to możliwe? "Zbadamy pana przypadek"...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.