Dokładnie tydzień temu garstka partyzantów gdzieś w kambodżańskiej dżungli spaliła zwłoki Pol Pota. Uroczystość pogrzebowa przywódcy Czerwonych Khmerów trwała krótko. Ogień szybko strawił ciało człowieka, który wśród oprawców XX wieku ustępuje chyba jedynie Hitlerowi i Stalinowi, a i to tylko dlatego, że dane mu było rządzić małym krajem. Pozostawił po sobie pola śmierci, tysiące zwichniętych do końca życia umysłów i setki pytań bez odpowiedzi.

- Moi amerykańscy przyjaciele pytają mnie często, kim właściwie są ci Czerwoni Khmerzy, skąd się wzięli, czemu tak nienawidzili Kambodżan - wspomina w opublikowanej w zeszłym roku książce Davida Chandlera "Cambodia: Power, Myth, and Memory" ("Kambodża - władza, mit i pamięć") Thida B. Mam, Kambodżanka, która przetrwała zagładę i mieszka dziś w Kalifornii. - Zawsze mi wstyd, gdy muszę im tłumaczyć, że słowem Khmerzy określa się naród zamieszkujący Kambodżę. W żyłach oprawców i ich ofiar płynie więc ta sama krew. Jesteśmy jednym narodem. Odpowiadam moim przyjaciołom, że w naszym khmerskim języku nazywamy Czerwonych Khmerów "robakami z naszej własnej skóry".
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej