W 1989 roku studenci chińscy wychodzą na plac Tiananmen, by demonstrować za demokracją i wolnością. Demonstracje osiągają ogromne rozmiary i przenoszą się do innych miast Chin. Bierze w nich udział kilka milionów ludzi. Władze ściągają do Pekinu 400 tysięcy wojska. W nocy z 3 na 4 czerwca następuje atak zakończony masakrą studentów i ludności Pekinu. Zginęło co najmniej 7 tys. ludzi, a wiele tysięcy zostało rozstrzelanych w ramach późniejszych egzekucji. Prawdziwej liczby zabitych i rannych nikt do dziś nie zna.

Dziesięć lat temu, wiosną 1989 roku, byłem w Pekinie w celach bynajmniej nie poznawczych. Zajmowałem się handlem, podobnie jak wielu moich rodaków w tamtym czasie, gdy z całego świata zwoziło się w walizkach różne towary i sprzedawało w Polsce na bazarach.

Był 15 kwietnia, sobota. Włączyliśmy telewizję, w której zwykle leciały opery pekińskie na przemian z "państwowymi reklamami", zachwalającymi politykę "jedna rodzina - jedno dziecko", kursy języka angielskiego lub pouczenia, by ostrożnie przechodzić przez jezdnię. Tym razem program był wyraźnie inny. Ekran wypełniał otoczony żałobną obwódką czarno-biały portret Hu Yaobanga, człowieka kojarzonego z nieco libe-ralniejszym skrzydłem KPCh, z którym wiele osób w Chinach wiązało nadzieje na poszerzenie sfery wolności. Hu Yaobang miał być w pow-szechnym przekonaniu następcą Deng Xiaopinga, ale właśnie zmarł.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej