Środa, 19 kwietnia, dziesiąta rano. W restauracji McDonald's w Quevert pojawili się pierwsi klienci. 27-letnia Laurence Turbec, pracownica baru, otworzyła drzwi zaplecza, by podejść do stanowiska drive in. Wtedy eksplodował podłożony obok ładunek. Kobieta zginęła na miejscu, w powietrze wyleciały szyby i kawałki ścian budynku. Cudem żaden z kilkunastu pracowników i klientów nie odniósł obrażeń. Na miejsce natychmiast przyjechała policja oraz główna antyterrorystka kraju, sędzia śledczy Irene Stoller.

Jeszcze tego samego dnia policja poinformowała, że drugą bombę rozbrojono o świcie pod pocztą w Rennes, 60 km od Quevert. Parę dni później wyszło na jaw, że była jeszcze trzecia bomba - w Pornic, kilka tygodni wcześniej, też w McDonaldzie (eksplodowała, nie czyniąc szkód).

Funkcjonariusze DNAT, specjalnej jednostki zwalczającej bojówki terrorystyczne, rozpoczęli śledztwo. Do zamachu nikt się nie przyznał, jednak agenci rządowi nie mieli wątpliwości - jego sprawcami są bretońscy nacjonaliści.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej