Cztery bambusowe kije wbite w pobocze wiejskiej drogi podtrzymują blaszany daszek, pod którym mieści się biuro Mahmudy Begum.

Codziennie rano Mahmuda siada na ławce, wyjmuje ze styropianowego opakowania swój telefon komórkowy i delikatnie kładzie go na zbitym z desek stoliku.

Pojawiają się klienci. Pierwszy dzwoni dziś do Bahrajnu, gdzie córka pracuje jako służąca, drugi w Dhace pyta o zdrowie chorego ojca, trzeci dowiaduje się o ceny warzyw na stołecznym rynku, by nie oszukał go hurtownik.

Rok temu Mahmuda była bezrobotna. Teraz jako wioskowa telefonistka zarabia co miesiąc tysiąc taka - więcej niż wynosi średnia płaca w kraju. Telefon kupiła na kredyt zaciągnięty w banku Grameen. Regularnie spłaca raty i za rok nokia będzie jej własnością.

Garnek porwany przez cyklon

Spacer po wiosce Mahmudy, jednej z 38 tysięcy, do których dotarł Grameen Bank. Pokryte warstwą kolorowych odpadków drogi przypominają rzeki śmieci - to suszą się strzępki materiału używane do wypychania materacy, czym trudni się tu kilkanaś-cie osób. Pod palmami blaszane chałupy - nieprzemakalne, więc luksusowe. Kobieta w czerwonym sari szyje ubrania na wiekowym singerze. Inna ma sklepik spożywczy, maleńki jak pół naszych "szczęk". Kolejna chwali się krowami. Uśmiechnięte wieśniacz-ki mówią, że to bank dał im szczęś-cie. Mają pracę i dach nad głową.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej