Populista, postkomunista i demokrata - główni kandydaci w niedzielnych wyborach prezydenckich - nie budzą entuzjazmu Bułgarów. - Pójdę, ale tylko z poczucia obowiązku - mówi 33-letnia Rumiana, która razem z mężem i teściową nie zarabia dość, by utrzymać rodzinę. - Kryzys w kraju jest tak głęboki, że i tak żaden z nich szybko mu nie zaradzi.

Gdy Bułgarzy pójdą w niedzielę do urn, będą wybierać między trzema opcjami politycznymi - postkomunistą Iwanem Marazowem, kandydatem zjednoczonej opozycji demokratycznej Petyrem Stojanowem i bliżej nikomu nie znanym biznesmenem Żorżem Ganczewem. Ostatnie sondaże wskazują jednak, że prezydent zostanie wybrany dopiero w drugiej turze.

Narastający kryzys gospodarczy, wyciskający piętno na bułgarskiej codzienności, jest też głównym powodem wzrastającej popularności kandydata opozycji 44-letniego adwokata Petyra Stojanowa. Oparł on swą kampanię na ostrej krytyce postkomunistycznego rządu, obwiniając go o niszczenie bułgarskiej gospodarki i doprowadzanie mieszkańców kraju na skraj biedy. Stojanow, wiceprzewodniczący największej opozycyjnej partii - Związku Sił Demokratycznych - jest jedynym kandydatem zjednoczonej opozycji. W prawyborach pokonał obecnego prezydenta Żeliu Żelewa. - Udało nam się zjednoczyć opozycję - stwierdza zadowolony Stojanow. - Jeśli zwyciężę, będzie to znak, że w Bułgarii powstała nowa polityczna większość, różna od większości parlamentarnej - wyjaśnia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej