Gipsowy anioł o długich skrzydłach, kobiecych biodrach i palcach jak czułki sięga z wysiłkiem przeszklonego sufitu pracowni rzeźbiarskiej Mihai Buculei. Stoi w starej dzielnicy Bukaresztu, której nie zdążyły zburzyć buldożery Ceaus´escu. Po odlaniu w brązie ogromna rzeźba trafi do starego portu zbożowego nad Dunajem, gdzie znany rumuński poeta i opozycjonista Mircea Dinescu zakłada ośrodek sztuki współczesnej. Rozpaczliwie wołający "Anioł Bałkanów", w rewolucyjnej opasce na czole, chciałby ulecieć, lecz jego nogę mocno przykuwa do ziemi gruby łańcuch.

- W 1989 r. startowaliśmy od zera - mówi Corneliu Vlad, zastępca redaktora naczelnego dziennika "Curentul". - Po latach paraliżującego reżimu Ceaus´escu nie było ani zalążków ekonomii rynkowej, ani działaczy opozycji gotowych stać się politykami. Choć komunistyczny ideał był zupełnie niewiarygodny, to ludzie nadal tęsknią za państwem opiekuńczym. Na tej tęsknocie do 1996 roku grał prezydent Ion Iliescu, neokomunista, który zwlekał z reformami gospodarczymi i nie rozliczył się z przeszłością. Jesienią 1996 r. po przegranych wyborach Iliescu oddał w końcu władzę demokratycznej koalicji, której główną siłę stanowi reaktywowana przedwojenna chadecja. Rząd profesorów, jaki stworzyli demokraci, zaczął reformy - powoli i z oporami, bo tak silny był mur starych struktur i przyzwyczajeń. Na początku grudnia br. Rumunia została w końcu kandydatem na członka Unii Europejskiej. Niewielu wierzy w szybkie członkostwo - tutaj, w Europie niczyjej, na pograniczu martwych imperiów, koniec komunizmu jest dłuższy niż gdzie indziej.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej