Skandale w Waszyngtonie zaczynają się od drobnych głupstw, trywialnych błędów i rozkwitają tym silniej, im bardziej ich sprawcy usiłują je zatuszować. Gdyby Bill i Hillary Clinton nie sprawiali rosnącego wrażenia, że mają wiele do ukrycia, nie byłoby zapewne afery Whitewater, która dziś grozi prezydentostwu polityczną kompromitacją.

Nazwana Whitewater połać lasu nad rzeką White w górach Ozark leży o 170 kilometrów lotem ptaka na północ od Little Rock - stolicy Arkansas. Jak na Amerykę drogi są tam kiepskie i podróż zajmuje co najmniej trzy godziny. Ostatni odcinek najlepiej przebyć samochodem z napędem na cztery koła, szczególnie zimą, kiedy łatwo ugrzęznąć w błocie.

Jeżeli wierzyć tubylcom, ani Bill, ani Hillary Clinton nigdy nie odwiedzili Whitewater. Do spółki, która kupiła 82 hektary lasu nad rzeką White, aby rozparcelować teren na działki pod domki rekreacyjne, przystąpili "na nie widzianego", na skutek namowy przyjaciół - Jamesa i Susan McDougal. Cena terenu wyniosła 203 tysiące dolarów. Sfinansowanie transakcji nie było problemem. Bank w pobliskim miasteczku Flippin udzielił [kredyty] ochoczo, ponieważ Bill Clinton kandydował na gubernatora stanu Arkansas i badania opinii zapowiadały, że wygra.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej