Informacje o demonstracjach organizowanych w Pekinie przez związek Falun Gong zaskoczyły niemal wszystkich. Z mediów, i to nie tylko polskich, popłynął strumień dezinformacji. Wszyscy uparcie, w tym, niestety, także "Gazeta Wyborcza", utrzymywali, że Falun Gong jest sektą. Wielu twierdziło, że qi gong (czytaj: czi kunk) to sztuka walki, podczas gdy jest to gimnastyka lecznicza. Na dodatek większości komentatorów nie przyszło nawet do głowy, by spytać jakiegoś Chińczyka, jak się ten twór, o którym mowa, naprawdę nazywa. A nazywa się (piszę fonetycznie, zgodnie z wymową) "Związek Falun Kunk", a nie "Sekta Falun Gong".

Do sekty brakuje tu zasadniczego elementu: kultu religijnego.

Siedem lat Falun Gong

Falun Gong to jeden z charakterystycznych dla Chin związków ludowych - quanów (patrz ramka na sąsiedniej stronie). Powstał w roku 1992. Dopóki nie osiągnął ogromnych rozmiarów, niczym się nie wyróżniał spośród setek podobnych mu organizacji.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej