Kiedy ich przywódca Joao Taveres krzyknął: "Trzech wystarczy [zabić]", tłum się cofnął. Ludzie zaczęli się rozchodzić i po godzinie na placu, gdzie rozegrała się tragedia, prawie nikt nie został - opowiada Antonius Un Taolin. Ten indonezyjski dziennikarz widział dokładnie, jak "milicjanci" (tak nazywają ich miejscowi) w zeszłą środę zaatakowali siedzibę misji ONZ w Atambua w Timorze Zachodnim i zatłukli na śmierć trzech urzędników biura ds. uchodźców (UNHCR) oraz dwóch pracowników organizacji humanitarnych.

Rzecznik indonezyjskiej armii przyznał, że żołnierze byli na miejscu, ale "nikt nie był w stanie kontrolować tłumu żądnego krwi każdego białego, który wpadł mu w ręce. To był spontaniczny akt zemsty za zabicie kilka dni wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach jednego z przywódców >milicjantów<".

Tłumy bez kontroli

Rok temu, kiedy mieszkańcy Timoru Wschodniego opowiedzieli się za niepodległością ich części wyspy, "milicjanci", czyli proindonezyjscy bojówkarze, wyrżnęli tam ok. tysiąca ludzi. Kraj został spustoszony, a 250 tys. wschodnich Timorczyków uciekło do Timoru Zachodniego. I wtedy armia tłumaczyła, że "żądnego zemsty tłumu" nie sposób kontrolować. Ale szybko wyszło na jaw, że "milicjantów" uzbrajało wojsko, a żołnierze brali udział w rzezi - często za zgodą, a nieraz na polecenie dowódców.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej