Dzisiejszy przewodniczący Związku Białoruskiego w Rzeczypospolitej Polskiej Eugeniusz Wappa (rocznik 1965) właśnie robił maturę w białoruskim liceum w Hajnówce, gdy w roku 1984 mieszkańcy Długiego Brodu na Białostocczyźnie zorganizowali zebranie, na którym postanowili, że przy wjeździe do ich wioski powinien widnieć napis z nazwą miejscowości w dwóch językach: po polsku i po białorusku. Ale się z tego zrobiła afera! Wappa doskonale pamięta, jak esbecy i milicjanci chodzili po domach, straszyli ludzi, szukali inicjatorów pomysłu. Były to paskudne czasy Peerelu i wojny polsko-jaruzelskiej, więc wszelkie wystąpienia ludzi władza uznawała z góry za podejrzane i wrogie. A już zwłaszcza wystąpienia mniejszości narodowych, które w tamtej epoce były poddane nadzorowi MSW.

Właściwie nie bardzo wiadomo, dlaczego komuniści uważali, że wszystko, co się wiąże z poczuciem tożsamości narodowej, jest dla niech szczególnie groźne. Swoją drogą, to dość zabawne: jak ognia bali się wybuchu uczuć narodowych, a tymczasem obaliły ich niezależne związki zawodowe, apelujące do poczucia sprawiedliwości socjalnej i mówiące o godności człowieka pracy.
Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej