Pełen ciepła i życzliwości ludziom, poświęcił życie dokumentowaniu prawdy o Zagładzie.

Wiadomość, że Lucjan Dobroszycki zmarł w nowojorskim szpitalu 24 października, głęboko zasmuciła jego licznych przyjaciół w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Izraelu i Polsce. Doprawdy, niewielu znałem ludzi, którzy by mieli równy jemu dar pozyskiwania sobie przyjaźni i sympatii, gdziekolwiek się obrócił. Sam pełen promieniującego ciepła, życzliwości i zainteresowania dla innych, budził w nas wzajemne dobre uczucia i za to byliśmy mu wdzięczni.

Życie miał nielekkie. Urodził się w Łodzi, w rodzinie żydowskiego tkacza. Czas dojrzewania przyszło mu spędzić za drutami łódzkiego getta i kilku potem obozów, gdzie stracił prawie całą rodzinę. Jeszcze w getcie związał się z ruchem lewicowym będąc członkiem tajnej antyfaszystowskiej organizacji młodzieżowej. Po wyzwoleniu, którego doczekał w obozie w czeskim Teresinie, wstąpił - jak wielu z tego pokolenia - do PPR, a po ukończeniu szkoły, w roku 1949, wyjechał jako rządowy stypendysta na studia historyczne do Leningradu. Powrócił z dyplomem i zarazem wyleczony z wielu złudzeń pięć lat później i wkrótce otrzymał pracę w Instytucie Historii PAN, w prowadzonym przez profesora Stanisława Płoskiego zakładzie historii Polski w II wojnie światowej. Wtedy to narodziła się nasza 40-letnia przyjaźń.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej