Nie ma plakatów, ogłoszeń, zapowiedzi w prasie. Mimo to 150-osobowa salka warszawskiego klubu Medyk każdego czwartkowego wieczoru pęka w szwach. Na scenie, którą jest wąski prostokąt podłogi wydarty publiczności: Jacek Kleyff, Michał Tarkowski i Janusz Weiss - Salon Niezależnych.

Jest początek epoki Gierka, Salon ma przed sobą jeszcze pięć lat życia.

Kleyff był dostarczycielem piosenek i motorem szalonych improwizacji, Tarkowski kierownikiem muzycznym (jego dziwna mandolina stanie się znakiem firmowym kabaretu) i prawdziwym żywiołem komicznym, a Weiss, jak sam to określa, "strażnikiem znaczeń i sensów".

O tamtych czasach mówią:

- Cała działalność Salonu to było poszerzanie zakresu wolności, rozpychanie się na boki, pokazywanie, że można więcej. Niektórzy zaraz powiedzą, że komuniści celowo pozwalali nam na to w myśl "teorii wentyla". No to źle na tym wyszli...
Pozostało 99% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej