Najbardziej telewizyjnym produktem są seriale, których bohater w każdym odcinku styka się z innymi ludźmi w jakiejś niecodziennej sytuacji. Głównie są to kryminały - winny wciągać widza nie tylko zagadką, ale i konfrontacją dobra ze złem. Morderstwo i jego odkrywanie budzą ciekawość nie zawsze najzdrowszą, toteż ważne jest wymierzenie sprawiedliwości - mamy wówczas poczucie przywracania moralnego porządku. Niestety, seriale kryminalne uległy ostatnio przemianie. Jeszcze detektywi z lat 70. posługiwali się - zależnie od konwencji - dedukcją, psychologią, intuicją. Bohaterowie nowszych raczej używają mięśni - gonią, biją, obezwładniają facetów, którzy szlachtują, przebijają, duszą, rozjeżdżają. Szare komórki nie mają wzięcia - nikt nie planuje przemyślnych zbrodni i nikt nie rozwiązuje piętrowych zagadek. Morderca, dramatyczne powody jego czynu, dociekanie prawdy - wszystko to zaniknęło na rzecz pościgu za jakąś kupą mięśni, która morduje, bo należy do mafii, gangu lub taką ma naturę. Niby dobro dopada na zakończenie reprezentanta zła, ale dlatego, że z woli twórców jest sprawniejsze fizycznie i technicznie. To jedyna różnica.
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej