Czego można chcieć od gospodarki, która rozwija się w tempie 7 proc. rocznie, inwestycje w dużych przedsiębiorstwach skaczą aż o 25 proc., w czym duża zasługa kapitału zagranicznego, inflacja i bezrobocie systematycznie maleją, walutowe rezerwy zagraniczne pozwalają na sfinansowanie sześciomiesięcznego importu?

Przegrzanie

Mimo to politycy związani z rządem Jerzego Buzka nie są zadowoleni ze stanu gospodarki. Wicepremier Leszek Balcerowicz mówi, że trudny budżet, jaki przygotował rząd poprzedni i z niewielkimi poprawkami przyjmuje obecny, pokazuje, jaki jest rzeczywisty stan gospodarki. Coraz częściej pada sformułowanie: przegrzana koniunktura. Skoro przegrzana, trzeba będzie ją chłodzić.

W jednym z najbardziej popularnych na świecie podręczników ekonomii Paul A. Samuelson, amerykański ekonomista, który w roku 1970 otrzymał nagrodę Nobla, przedstawia przypadek przegrzania gospodarki: "W początkach lat 60. gospodarka amerykańska doznała okresu bezprecedensowego ożywienia i rozkwitu. PNB rósł o 4 proc. rocznie, bezrobocie malało, inflacja praktycznie nie występowała. Z rokiem 1965 gospodarka osiągnęła poziom swego produktu potencjalnego. Niestety, administracja nie doceniła wielkości obciążeń związanych z wojną w Wietnamie (...) Podwyżki podatków i cięcia w wydatkach na cele cywilne zastosowano dopiero w 1968 r. Zbyt późno, by zapobiec przegrzaniu gospodarki (...) Lekcja wynikająca z tego doświadczenia jest taka, że wzrost globalnego popytu przynosi wyższą produkcję i wyższe zatrudnienie; ale jeśli proces ekspansji wyniesie gospodarkę daleko poza granice jej produktu potencjalnego, rychło następuje przegrzanie gospodarki i inflacja cenowa".

Inflacja to tylko jedno z niebezpieczeństw. Milton Friedman (też noblista) w "Wolnym wyborze" przeanalizował anatomię wielkiego kryzysu z przełomu lat 20. i 30. - największego krachu gospodarczego w historii kapitalizmu. Krach poprzedzony był wysoką koniunkturą, która doprowadziła do przegrzania gospodarki. Wysoka koniunktura na nowojorskiej giełdzie stymulowana była kredytami. Spekulanci pożyczali w bankach pieniądze, licząc na to, że akcje będą ciągle rosły. Nieustanny ruch w górę - całej gospodarki i akcji na giełdzie - musiał w końcu osiągnąć swój punkt szczytowy. Stało się tak w sierpniu 1929 r. Trzy miesiące później - 24 października - nastąpił krach. Giełdowi spekulanci bankrutowali, wraz z nimi banki, które udzielały im kredytu. Bankructwo banków pociągnęło za sobą całą gospodarkę.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej