Pożar wybuchł w godzinach porannego szczytu. Świadkowie widzieli, jak jeden z pasażerów podpalił zapalniczką płyn trzymany w plastikowej butelce lub kartonie po mleku, a następnie wrzucił tę płonącą bombę do wagonu, nim inni zdołali go powstrzymać. W płomieniach stanęły dwa pociągi, po sześć wagonów każdy, w sumie z czterystoma pasażerami.

Z metra zostały tylko wypalone szkielety. Duszący dym utrudniał ewakuację, wiele osób ginęło z braku powietrza. Ludzie nie byli w stanie wydostać się z zadymionych bądź płonących wagonów, bo automatyczne drzwi nie otwierały się, gdy odłączono prąd. Strażacy mówią, że przeżyć udało się przede wszystkim tym, którzy znajdowali się blisko przejść między wagonami. Wybuchła panika. - Próbowałem się wydostać, ale inny pasażer powalił mnie i straciłem przytomność - mówił w szpitalu zaczadzony 68-letni Kim Ho Dzun. - Kiedy się ocknąłem, ratownicy wyciągali mnie na zewnątrz. To łaska boska, że żyję, kiedy tylu innych miało mniej szczęścia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej