Przyszli po dzieci w piątek w połowie września: kurator sądowy, pracownik Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie i policjanci. Przyjechali po trzyletnią Patrycję, czteroletniego Konrada, dziewięcioletniego Huberta i trzynastoletnią Darię. W domu była tylko matka, ojciec był w pracy. - Gdy się tylko dowiedziałem, co się dzieje, zwolniłem się z pracy i przyjechałem. Wpadłem w taki szał, że policja chciała mnie odesłać do zakładu psychiatrycznego. Nie pokazali mi żadnego dokumentu, dlaczego odbierają nam dzieci - skarży się pan Piotr, ojciec czwórki dzieci.

Łapiemy okazję i jedziemy

Maluchy zostały umieszczone w placówce opiekuńczo-wychowawczej w Nowej Grobli, kilkanaście kilometrów od Lubaczowa. Matka odwiedza je co drugi dzień, ojciec w soboty i niedziele. - Z dojazdem tam trudno. Autobus jedzie tylko rano i po obiedzie, a od stacji kolejowej do ośrodka bardzo daleko. Chodzimy więc na nogach, idzie się tak i łapie okazję. W tym tygodniu się pochorowaliśmy, nie chcemy zarażać dzieci, nie byliśmy u nich - mówi ojciec i dodaje: - Ból za dziećmi jest ogromny. Żona cały czas była z nimi, nocami ją muszę uspokajać. Gdy przyjdzie jej do głowy myśl o dzieciach, od razu płacz, wspomnienia... Nawet gdy na zdjęcia się człowiek popatrzy, to od razu rusza. Bywa, że i ja się wzruszę.
Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej