W internecie krążą listy protestacyjne, pod którymi zbierane są podpisy obywateli przeciwko przymusowemu szczepieniu dzieci i dorosłych, które jakoby wprowadza nowelizacja ustaw o zapobieganiu epidemiom i inspekcji sanitarnej. Zgodnie z nią w czasie epidemii inspektorzy mają prawo zmuszać ludzi do poddawania się obowiązkowym szczepieniom. "O zastosowaniu środka przymusu bezpośredniego decyduje lekarz lub felczer, który określa rodzaj zastosowanego środka przymusu bezpośredniego oraz osobiście nadzoruje jego wykonanie przez osoby wykonujące zawody medyczne" - tak dosłownie brzmi zapis znowelizowanej ustawy.

Próbowaliśmy dowiedzieć się, jak taka akcja ma wyglądać w praktyce. - Epidemia to wojna, czyli stan wyższej konieczności. Zarządzamy szczepienia i wszyscy mają się im poddać - tylko w tak ogólny sposób potrafił wyjaśnić nam zasady takiej akcji jeden z pracowników krakowskiego sanepidu. Jak przekonywał, w takich sytuacjach musi być przymus szczepień, bo to pozwala osiągnąć efekt uodpornienia stada. Polega on na tym, że gdy uda się zaszczepić 80-85 proc. populacji, czynnik zakaźny przestaje się roznosić, transmisja wirusa zostaje przerwana. Tyle rozważań medycznych, a co z siłą? - Sam nie wiem, jak to ma być. Przecież lotne patrole nikogo w łóżku krępować nie będą - zastanawia się głośno inspektor.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej