http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Orgazm jak narkotyk

Krzysztof Kwiatkowski
2012-02-20, ostatnia aktualizacja 2012-02-21 17:59

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Wstyd"
Dystrybutor Gutek Film

Chciałem, żebyśmy mieli z tyłu głowy dawną erotykę, która miała siłę i rozsadzała utarte ramy. Dzisiaj zalewa nas tylko porno. Ze Stevem McQueenem rozmawia Krzysztof Kwiatkowski, ''Newsweek Polska''

Steve McQueen 
- urodzony w 1969 r. brytyjski artysta i reżyser. Studiował na akademiach sztuk pięknych w Londynie i Nowym Jorku. Zasłynął instalacjami wideo i fotograficznymi, w 1999 r. został wyróżniony prestiżową Nagrodą Turnera. W kinie zadebiutował obsypanym nagrodami ''Głodem''. Teraz na ekrany wchodzi jego entuzjastycznie przyjęty przez krytykę ''Wstyd''
Fot. Alessandro Bianchi/REUTERS/FORUM
Steve McQueen - urodzony w 1969 r. brytyjski artysta i reżyser. Studiował na...
Co dla pana oznacza wstyd?

Własną słabość. Pracując nad filmem, odkryłem, jak łatwo wpaść w jej pułapkę. Rozmawiałem z dobrze prosperującymi, zamożnymi ludźmi uzależnionymi od seksu. Okazało się, że kiedy zapinają spodnie, kończąc eskapady po burdelach, klubach nocnych i lokalach luksusowych prostytutek, zalewa ich fala wstydu. I toną w niej, póki kolejny raz nie rzucą się w szaleńczy wir rozrywki rodem z czerwonych dzielnic. Dopiero wtedy w erotycznym uniesieniu zapominają na chwilę o obrzydzeniu, które mają sami do siebie z powodu orgiastycznych wędrówek po szemranych zakątkach miasta. Podobnie zachowują się wszyscy nałogowcy. Ktoś je bez opamiętania, kiedy nikt nie patrzy, choć za dnia walczy o idealną sylwetkę, ktoś inny kłamie żonie, że jest w delegacji, gdy wpada w szpony hazardu.

''Wstyd'' to opowieść o potrzebie odczuwania satysfakcji. Choćby chwilowej, prostej, doraźnej.

Ale o potrzebie, która stała się chorobą, rujnuje życie, odziera z uczuć. Kiedy pierwszy raz usłyszałem o uzależnieniu od seksu, śmiałem się. Dopiero później zdałem sobie sprawę, co ono oznacza, jakie są jego konsekwencje dla psychiki. Wtedy postanowiłem zrealizować ''Wstyd''.

Po raz kolejny, po ''Głodzie'', zdecydował się pan przyglądać z bliska ciału. Nie miał pan oporów?

Nie chcę robić porno, więc granice od początku były dla mnie oczywiste. Ale nie uznaję żadnych barier wizualnych. Po moim debiucie o strajku głodowym bojownika IRA dziennikarze pytali, na ile można estetyzować agonię, a na ile powinno się pokazywać ją w naturalistyczny sposób. Tymczasem problem chyba tkwi gdzie indziej - w skupieniu uwagi widza. Trzeba wypracować taki sposób opowiadania, żeby wciągnąć oglądających w opowieść. W scenach miłosnych mówiłem wykonawcom: ''Pamiętajcie, seks na ekranie uprawiają cztery osoby. Poza wami dwojgiem są jeszcze kamera i widz''. Chciałem postawić przed społeczeństwem lustro, nie próbowałem szokować na siłę. Głosy oburzenia byłyby dla mnie dowodem, jak mało ludzie o sobie wiedzą.

Sportretowany przez pana bohater ma wszystko - dobrą pracę, pieniądze, apartament w centrum Nowego Jorku. Pozostaje jednak kompletnie zagubiony. Chciał pan pokazać rewers dzisiejszego sukcesu?

To postać bardzo dwuznaczna. Trochę jak bluesowe piosenki, które są najsmutniejsze na świecie, ale ranią w piękny sposób. Brandon osiągnął w życiu dużo, ale nikt nie chciałby nim być. Nie winię go. Zagubił się po drodze, stracił życiowy kompas. Niemal nie zdradzam jego biografii. Widz poznaje go jak przechodnia z ulicy, może jedynie domyślać się, jaki jest, i próbować odkryć jego motywacje. Bo jak mówi w filmie Carey Mulligan: ''Nie jesteśmy złymi ludźmi, tylko przychodzimy ze złych miejsc''.

Tworzy pan kameralny portret pojedynczego człowieka, ale też opowiada o kulturze, która go stworzyła.

Chyba na tym polega siła kina - przeplatają się w nim uniwersalia i detale. Pozwala zobaczyć własne przeżycia na tle doświadczeń innych, skonfrontować się ze społeczeństwem. Wszystko, co kiedykolwiek robiłem, nawet najbardziej upokarzające i wstydliwe rzeczy, jest mało oryginalne. Te same błędy popełniały już miliony osób przede mną. Dlatego na ekranie próbuję przyglądać się bohaterowi z bliska, licząc na to, że ktoś się w moim eksperymencie odnajdzie. Obecne czasy są przesiąknięte seksem. To, co dzieje się w internecie, jest obłędem. Chłopcy z mojego pokolenia, aby zobaczyć biust, nieśmiało patrzyli na najwyższe półki w kioskach, kupując cukierki. I ten rozmazany przez odległość zarys kobiecego ciała z okładki świerszczyka był całą dostępną nam erotyką. Dziś wystarczy dwa razy kliknąć w klawiaturę komputera, by mieć dostęp do wszelkich fetyszy świata w HD.

Drażni pana bezpośredniość XXI wieku?

Tak, bo wiąże się z nią kompletne znudzenie. Ludzie tracą zdolność głębokiego przeżywania emocji. Brandon jest odrętwiały. Nie umie przebić się przez własny emocjonalny mur. Podobne zjawiska wyczuwa się w każdej sferze życia. Proszę spojrzeć, co dzieje się w muzyce. Kiedy wybuchł rock and roll, każdy dzieciak z gitarą chciał być jak Mick Jagger. Dzisiaj nikt nie ma takich ambicji, wszystko jest nudne, przyziemne. Dzieciaki oglądają na scenie dzieciaki.

Żyjemy w czasach postanowień, którym nie próbujemy nawet sprostać, wśród nakazów i zakazów, do których się nie stosujemy. Widzi pan, jaki ze mnie olbrzym? A myśli pan, że nie chciałbym schudnąć? Albo rzucić palenia?

Sugeruje pan, że w XXI wieku staliśmy się słabi i bezwolni?

Uczymy się tak funkcjonować. Bohater ''Wstydu'' zaczyna coś czuć, kiedy trafia na koncert siostry. Dopiero wtedy przełamuje rutynę. Emocje wytrącają go z kolein rutyny i codziennych rytuałów pozbawionych Boga, z gotowych recept na wszystko - zaczynając od tańca porannej toalety, mycia zębów, przygotowywania śniadania, na sposobie kochania kończąc. Nie możemy dopuścić do tego, żeby nasze życie zaczęło przypominać taśmę produkcyjną. Czy naprawdę z rozwojem technologicznym straciliśmy ikrę?

Ma pan w sobie nostalgię za minionymi czasami? Bohater ''Ostatniego tanga w Paryżu'' też miał na imię Brandon.

Właśnie dlatego tak nazwałem postać graną przez Michaela Fassbendera. Chciałem, żebyśmy mieli z tyłu głowy dawną erotykę, która miała siłę i rozsadzała utarte ramy. Dzisiaj zalewa nas tylko porno.

W innych sferach również wracam chętnie do przeszłości. Nie tylko ja. W dobrych knajpach i klubach już niemal nie słyszy się współczesnych kawałków. Wszędzie rozbrzmiewają dźwięki szlagierów lat 50. Muzyka z epoki Glenna Goulda. Często łatwiej nam poddać się nostalgii, niż zmienić siebie.

Chętnie odwołuje się pan do muzyki. W pana filmie Carey Mulligan spektakularnie wykonuje piosenkę ''New York, New York''.

To ważny dla mnie utwór. Wszyscy myślą, że jest standardem sprzed pół wieku, Frank Sinatra śpiewał go z dawną elegancją i blichtrem. Tymczasem ta piosenka powstała w 1977 roku do filmu Martina Scorsese. I to nie tylko jako hołd dla wspaniałego, żyjącego 24 godziny na dobę Nowego Jorku i jego przepychu. Jeśli człowiek wsłucha się w słowa, usłyszy: ''These vagabond shoes/ Are longing to stray/ And step around the heart of it''. To opowieść bezdomnego. Ten utwór oddaje złożoność środowiska, w którym żyje Brandon, gdzie na ulicach mijają się kloszardzi i biznesmeni, wszyscy na swój sposób nieszczęśliwi. Okazuje się, że powiedzenie: ''W Nowym Jorku każdemu się uda'', bywa dalekie od prawdy.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 8
  • 2
  • 2
  • 4
  • 4
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':