Paul Giamatti - ur. w 1967 r. w New Haven, amerykański aktor. Syn profesora literatury renesansowej i nauczycielki. Skończył wydział sztuk pięknych prestiżowego Yale University. Sławę zdobył jako wykonawca wyrazistych ról drugoplanowych w takich filmach jak ''Szeregowiec Ryan'', ''Planeta małp'', ''Iluzjonista''. Za rolę w ''Człowieku ringu'' nominowany do Oscara. Głównych bohaterów zagrał m.in. we ''Wszyscy wygrywają'' i w ''Wersji Barneya''. Teraz na polskich ekranach można go oglądać w ''Idach marcowych'' George'a Clooneya
Fot. Bruce Davidson/Magnum Photos/FORUM
Na ulicach stale mnie z kimś mylą. Z dumą daję autograf, ludzie biorą kartkę, czytają nazwisko i mówią: "Nie, to jednak nie pan". - opowiada Paul Giamatti, słynny aktor drugiego planu, ważna postać w "Idach marcowych" George'a Clooneya (od niedawna w kinach). Cały wywiad w papierowym wydaniu "Wysokich Obcasów".
Paul Giamatti: Dla mojej generacji jednym z najważniejszych doświadczeń było Watergate. Miałem wtedy niecałe sześć lat, wpojono mi już zasady funkcjonowania i wartości mojego kraju. Tymczasem w telewizji usłyszałem, że prezydent kradnie i kłamie. Duża część mojego świata runęła, zobaczyłem, że złodziej nie musi mieć pasiastego kombinezonu i włamywać się do sejfu łomem, że przestępstwa może dopuścić się głowa państwa. Dzisiaj znowu Ameryka traci niewinność. Panuje silne poczucie degrengolady polityki. Coraz mniej istotnych decyzji opiera się na sporach ideowych, ważniejsze stają się rozgrywki pod stołem, gry PR-owców i prześwietlanie nawzajem swoich romansów przez rywali. Ale przecież polityka jest taka jak społeczeństwo.
Krzysztof Kwiatkowski: Moralne szarości są bardziej interesujące dla aktora?
Paul Giamatti: - Oczywiście. Bo mój bohater nie jest zimnym skurwielem, który wszystkich oszukuje. Od początku do końca przedstawia się jako zacięty zawodnik, który zna reguły gry i po trupach dąży do celu. Chce wygrać i zrobi wszystko, co go do tego doprowadzi. Ale czy to znaczy, że nie wierzy w idee głoszone przez jego kandydata?
Nigdy nie był pan znany z ról wesołych i spełnionych życiowo ludzi.
- Myślę, że mój bohater w "Idach marcowych" jest dosyć zadowolony z życia. Osiąga w końcu rodzaj gorzkiego zwycięstwa. A przecież w życiu też nie ma stuprocentowych zwycięstw ani radości bez łyżki dziegciu. Na ekranie najtrudniej jest udawać szczęście. Jak zagrać kogoś, kto cieszy się na wszystko, i nie zniechęcić do siebie widowni? To byłby największy nudziarz na świecie. Człowiek nękany przez skrajne emocje jest zawsze najbardziej interesujący.
Przecież nuda jest pana ulubionym środkiem wyrazu.
- To prawda. Lubię szare myszy i przeciętniaków. Ciekawi mnie to ciągłe udawanie, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy. Beznadziejne próby walki z samym sobą, udawanie. Wszyscy to robimy, czyniąc homo sapiens jednym z najzabawniejszych gatunków.
Pańscy bohaterowie stają się nie tylko coraz bardziej przegrani, ale też starsi.
- Nie musi pan ubierać tego w eufemizmy. Starzenie się jest dla aktora pozytywnym procesem. Z moim wyglądem nigdy nie mogłem grać młodych chłopaków zafascynowanych footballem. Dlatego zawsze musiałem udawać starszego, niż jestem. Teraz dopiero dorosłem do samego siebie. No i mam świetlane perspektywy. Mogę przytyć i stracić resztkę włosów i będę tylko lepiej pasował do roli. To plus bycia aktorem charakterystycznym.
Czuje się pan trochę więźniem własnego wygląda?
- Nie, tylko dziwię się, że w ogóle zrobiłem karierę w kinie. Jestem do złudzenia podobny do każdego. Na ulicach stale mnie z kimś mylą. Naprawdę, często z dumą daję autograf, ludzie biorą kartkę, czytają nazwisko i mówią: "Nie, to jednak nie pan". No i musiałem czekać kilkanaście lat, żeby zagrać pierwszą scenę miłosną. Stało się to w "Amerykańskim splendorze" - w 2003 roku. Poza tymi drobiazgami, nie narzekam.
Teraz gra pan w "Kongresie futurologicznym" - koprodukowanym przez Polskę filmie nominowanego do Oscara za "Walc z Baszirem" Ariego Folmana.
- To kolejna polityczna opowieść o mechanizmach władzy i współczesnym świecie przedstawionym w lemowskiej, futurystycznej scenerii. Jej temat wydaje mi się istotny w XXI wieku. Folman robi film ukazujący proces powolnego zatracania kontaktu ludzi z rzeczywistością, zamykanie się w naszych hermetycznych, sztucznych realiach, budowanie kapsuł, które utrudniają nam przeżywanie otoczenia. "Kongres" ma być w połowie animacją. A dla mnie to kolejne wyzwanie. Zobaczymy, jak wyjdzie.
W papierowych "Wysokich Obcasach" przeczytacie i (obejrzycie) też:
Pieprz się, raju - reportaż Pauliny Reiter z Hawajów, gdzie poleciała śladami Georga Clooneya, który tam kręcił nominowanych do Oskara "Spadkobierców" Polskie sprzątaczki zwierzają się Magdalenie Grzebałkowskiej 10 zapomnianych filmowych piękności przedstawia Jacek Szczerba Jak zrobić najlepszą kawę w mieście radzi Katarzyna Bosacka