Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Azrael Kubacki, bloger polityczny, dziennikarz gazety internetowej "Studio Opinii": Czy zajmował się Pan kiedykolwiek badaniem katastrof lotniczych? prof. Paweł Artymowicz, fizyk i pilot, Toronto: Nie, nie miałem okazji uczestniczyć do tej pory w badaniu katastrof w ruchu lotniczym, podobnie zresztą jak eksperci sejmowego zespołu Antoniego Macierewicza. Oni też nie mają takich doświadczeń.
Ale jest Pan przecież nie tylko fizykiem i astrofizykiem, ale również od wielu lat czynnym pilotem, jak rozumiem interesował się Pan wszelkimi wypadkami lotniczymi? Jak wygląda na Zachodzie metodologia badań tego rodzaju katastrof, jak ta polskiego Tu 154M pod Smoleńskiem? - Czytałem setki raportów amerykańskiej komisji NTSB (National Transportation Safety Board). Piloci robią to rutynowo. Jest to ważne dla każdego, kto chce latać bezpiecznie. Komisje takie, jak NTSB zajmują się ustalaniem tego, co było najbardziej prawdopodobnym powodem danego wypadku. Nie jest ich zadaniem przedstawienie dokładnych symulacji komputerowych, które byłyby pewną odpowiedzią na wszystkie możliwe pytania. Jest to zresztą w praktyce niewykonalne. Komisje badania wypadków na Zachodzie skupiają się mniej na wynajdowaniu winnych (i naturalnie nigdy na ich ukrywaniu), a bardziej na tym, jak zapobiec podobnemu wypadkowi w przyszłości. To podejście daje świetne rezultaty. Zasadniczą przyczyną większości wypadków są błędy pilotów. Na wniosek NTSB modyfikuje się ich szkolenie, co przyczynia się do zmniejszenia wypadkowości, która obecnie jest wielokrotnie niższa, niż w Polsce.
Przyglądał się Pan pracy polskiej komisji rządowej Jerzego Millera. Czy ta komisja procedowała zgodnie z przyjętymi standardami? - W znacznej części tak. Widać było w pracach komisji dużą staranność o kluczowe aspekty badania wypadku. Na przykład dobrze udowodniono, że samolot nie uległ awarii, miał sprawne silniki i był sterowny do momentu napotkania obiektów na ziemi. Zbadanie tego jest podstawowym obowiązkiem każdej komisji badania wypadków lotniczych, i z tego komisja Millera wywiązała się bardzo dobrze. Ale były też pewne odstępstwa od standardów, które były może częściowo spowodowane tym, że zespół Millera nie miał dostępu do wszystkich danych, których by można było sobie życzyć; Rosjanie nie odpowiedzieli na wszystkie zadawane im pytania.
Wytknąć można komisji Millera techniczne i proceduralne uchybienia, takie jak słabą jakość wykresów parametrów zapisanych w czarnych skrzynkach i rysunków ułożenia samolotu w przestrzeni. Nie było dla mnie jasne, czy prezentowany przebieg czasowy obrotu w beczce był zgodny z prawdziwą dynamiką samolotu.
Niestety, zabrakło nie tylko analizy laboratoryjnej próbek drewna brzozy, na której doszło do krytycznego dla katastrofy naruszenia struktury lewego skrzydła, ale nawet dokładnego opisu jej stanu i opisu działki, na której stoi brzoza, wkrótce po wypadku.
Spójność całej analizy nie została przetestowana w symulacjach fizycznych lub nie zostały one objaśnione. Niektóre wnioski co do poprawności decyzji podejmowanych przez dowódcę statku powietrznego wydawały mi się wysoce spekulatywne. Były zatem liczne uchybienia, jednak w zasadniczym zakresie pracy komisji, czyli dla uzyskania odpowiedzi na pytanie jaka była najbardziej prawdopodobna przyczyna wypadku, miała ona wystarczającą ilość informacji. Nie ma podstaw, by kwestionować podstawowe wnioski co do fizycznego przebiegu zdarzeń, np. faktu urwania końcówki skrzydła na brzozie i nieuchronnej po tym beczki, w której samolot obrócił się po blisko 4 sekundach do góry kołami.
Końcówka skrzydła wyrzucona w kierunku lotniska z prędkością podaną przez zespół Macierewicza może podróżować po trajektorii pokazanej przez prof. Biniendę tylko za cenę złamania zasad dynamiki Newtona. Albo jeśli powietrze pod Smoleńskiem zamieniłoby się w wodę lub inną gęstą ciecz
>
Czy symulacja komputerowa, prowadzona nawet na podstawie dużej ilości danych wejściowych, może coś udowodnić? - To jest bardzo dobre pytanie, w kontekście tego, że niektórzy politycy i członkowie zespołu sejmowego posła Macierewicza twierdzą, że to co zaprezentowano jako wyniki symulacji przeprowadzonych przez ich ekspertów jest naukowym, niezaprzeczalnym faktem.
Prezentacje sejmowe mają udowodnić, że pewne zdarzenia bez wątpienia zaszły, a inne nie, wbrew dowodom rzeczowym. To nieporozumienie.
Członkowie zespołu stawiają przed wątpliwej jakości symulacjami niemożliwe wręcz zadanie. Symulacje pomagają bowiem odtworzyć przebieg zdarzeń, co do których są zebrane konkretne dowody i ślady. Jednak nie dają nigdy absolutnej pewności i nie mają mocy obalania fizycznych dowodów zebranych na miejscu wydarzenia. Prowadzone są po to, by poszerzyć zrozumienie i opis wydarzenia, powiedzieć co działo się z samolotem w czasie pomiędzy kluczowymi wydarzeniami znanymi ze śladów na ziemi, bądź z zapisów w skrzynkach, a także po to, by wykryć ewentualne rozbieżności w danych empirycznych.
Symulacje to nie rzeczywistość, tylko modele, które nigdy nie są nadrzędne wobec faktów empirycznych. Co więcej, aby modele były wiarygodne, muszą zostać wstępnie dobrze przetestowane i skalibrowane na podobnych, znanych katastrofach lub testach. Tego w zespole Macierewicza nie zrobiono, odwołując się jedynie do badań katastrofy wahadłowca Columbia, która ze Smoleńskiem nie miała wiele wspólnego.
Czy nie jest tu przypadkiem tak, że sam dobór danych wejściowych do systemu powoduje to, że symulacja komputerowa bywa zniekształcona? - Naturalnie, kwestia jakości danych wziętych do symulacji jest ważna. Nie chodzi tu tylko o kilka liczb charakteryzujących modelowane materiały, które można było zobaczyć na prezentacji zespołu, ani o to, czy specjaliści zespołu są świadomi co to jest kąt natarcia skrzydła, czym się różni od kąta wznoszenia i czy umieją dobrać właściwe wartości tych parametrów (moim zdaniem nie robią tego). Brak jest publicznie dostępnych, dokładnych danych o wewnętrznej konstrukcji skrzydła TU-154M, więc choćby już to samo powoduje niepewność co do wyników obliczeń. Instrukcja obsługi TU-154 nie jest najwłaściwszym źródłem schematów konstrukcyjnych.
Obliczenia wykonywano przy użyciu pakietu programów LS-DYNA 3D, który ma wielką liczbę opcji, metod i ustawień. W ostatecznym rozrachunku, tak w pilotażu, jak i symulacjach komputerowych, o jakości pracy
maszyny decyduje człowiek. Tutaj jest nim analityk, który zbiera dane i decyduje jakie ustawienia programu, jakie konkretnie metody należy wybrać i jak program przetestować w oparciu o zdarzenia podobne do badanego.
Widać tu duże niedociągnięcia zespołu sejmowego. Dane wejściowe są mimo licznych zapytań utrzymywane w tajemnicy, co dla mnie jako fizyka oznacza pogwałcenie metodologii naukowej. Wyniki obliczeń są wiarygodne jedynie wtedy, kiedy możliwe jest ich niezależne potwierdzenie, a to wymaga przecież otwartego dostępu do danych wejściowych. Drugim problemem jest wybór metody obliczeniowej. Czy została właściwie dobrana do tego zagadnienia? Istnieją nieco lepsze metody w tym konkretnym zagadnieniu.