Początek "Ediego" - obraz powierzchni jeziora i prawdziwego deszczu, który narasta - niesie z sobą wielki spokój. Ten spokój pozostaje z widzem do końca filmu mimo dramatycznych perypetii, mimo brudu, nędzy i brutalności przedstawionego świata. I pomimo tego, że bohater filmu Edi wszystko utraci - przynajmniej w dosłownym sensie.

Jest to historia wzięta z samego dna życia, chociaż to dno znajduje się bardzo blisko nas. W rzeczywistości na każdym kroku ocieramy się o skrajną nędzę i o świat gangsterski, zupełnie jak w kinie. Edi mieszka w łódzkiej ruderze razem z wiernym przyjacielem, jąkałą Jureczkiem, który podziwia go jak mistrza, choć nie zawsze rozumie, co Edi ma na myśli. Żyją obaj ze sprzedaży złomu, zapijają się owocowym winem. Ze śmietników Edi wyciąga cenne książki, ma ich pełną lodówkę.

Od początku widać, że to jest ktoś - wiemy o tym, zanim jeszcze zorientujemy się, że powracający w filmie obraz drewnianego pomostu prowadzącego do jeziora, w którym odbija się niebo, należy do Ediego, jest częścią jego świata wewnętrznego. Spokój zawiera się nie tylko w obrazie wody, ale także w spojrzeniu Ediego - Henryka Gołębiewskiego, w powiedzonkach i sentencjach, które nie zawsze rozumie jego uczeń.
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej