Demokracja wymaga minimalnej choćby zdolności do dialogu i do kompromisu. To ostatnie jest dla nas Polaków trudne, ponieważ przyzwyczailiśmy się przy słowie "kompromis" dodawać "zgniły", jakby każdy kompromis był taki z samej swej natury. Choć zasada nieustannego "ucierania praw", jak to było w I Rzeczpospolitej, należy do polskiego dziedzictwa politycznego.
Historia zna oczywiście kompromisy, które były kapitulacją. Tak było w 1938 r. z porozumieniem monachijskim, kiedy mocarstwa zachodnie przystały na dyktat Hitlera wobec Czechosłowacji.
Ale historia, zwłaszcza nasza najnowsza, zna kompromisy, które prowadziły ku wolności. Sam uczestniczyłem w trzech historycznych kompromisach. Pierwszy to porozumienia w Sierpniu 1980 r., w wyniku których powstała "Solidarność", drugi to Okrągły Stół, który stał się naszą bramą do wolności. Trzeci stanowiło uchwalenie konstytucji w 1997 r., konstytucji, której projekt najpierw w sposób demagogiczny atakowano, aby później - przez tych samych, którzy ją atakowali - na nią się powoływać.
Nie potrzeba jednak odwoływać się aż do wielkich historycznych przykładów, aby dostrzegać, iż więcej gotowości do szukania kompromisu i porozumienia w życiu publicznym, a nie tylko do postawienia od a do zet na swoim, przynosiłoby pożytek w życiu naszego kraju.
Zdolność do dialogu wymaga gotowości do zakwestionowania własnego sądu i otwarcia się na argumenty i racje tego, z kim toczymy dialog. Nie jest założoną z góry chwiejnością przekonań, ale wyzbyciem się mentalności posiadacza prawdy.
Można powiedzieć, że tak może być, czy nawet powinno być w dialogu intelektualnym, dialogu ludzi nauki, w sporach filozoficznych czy światopoglądowych, ale w polityce jest to niemożliwe, stanowiłoby wyraz słabości. W demokracji parlamentarnej toczenie sporu należy do istoty polityki. Jest jednak możliwe, by w polityce traktować partnera jako przeciwnika, a nie jako wroga i by mieć otwarty słuch na jego argumenty. I unikać tego, co najczęstsze: podważania intencji.
Dziś polskie życie polityczne jest dość dramatycznie podzielone. Niektórzy mówią czy piszą wręcz o różnych narodach w jednym, czy o różnych plemionach. Dialog w takim rozumieniu, o jakim tu mówię, nie jest możliwy. Ale na przekór temu podziałowi i aby zmniejszać nagromadzoną agresję trzeba, tam gdzie się da, ocalać kulturę dialogu.
Francja,
Niemcy, Anglia, Włochy to kraje wielkich debat politycznych, które wyznaczały etapy ich współczesnej historii. We Francji np. dialog między różnymi rodzinami politycznymi, także w przeszłości mocno zwaśnionymi, nigdy nie ustał.
Naszą debatę funkcjonującą w opinii publicznej cechuje krótki oddech, miałkość spraw, a teraz także ów "plemienny" podział. I to w sytuacji, w której nastąpiło spłycające życie publiczne rozrośnięcie się wpływu mediów na politykę. W polityce, tak jak w telewizji, oglądalność staje się najważniejsza. Ten dyktat ruguje w imię oglądalności ambitniejsze programy. W polityce zaś dyktat popularności promuje nie tyle walkę o merytoryczne racje, ile uzależnia ją od zdolności marketingowych.
Stawić czoła procesowi pogarszania się życia publicznego pod naciskiem coraz bardziej tabloidalnych mediów może tylko taka polityka, w której o coś chodzi, a która nie jest tylko marketingiem politycznym czy samą grą dla
gry o władzę.
Polityka jest nieodłączna od ambicji. Dążenie do uzyskania znaczenia i wpływu towarzyszy jej, ożywia ją i czyni pełnokrwistą. I to jest naturalne i nieuchronne. A jednak od ludzi biorących udział w polityce, kształtujących życie publiczne, wpływających na to, jak przyrasta czy jak niszczeje to, co odczuwamy jako dobro wspólne, oczekujemy jeszcze czegoś więcej.
Oczekujemy, że w ich działaniu obecny będzie czynnik służby publicznej. Może ktoś uważać to określenie za staroświeckie, ale życie publiczne zdegenerowałoby się do końca, gdyby ten czynnik w nim całkowicie uwiądł. A społeczeństwo, oceniając uczestników życia publicznego, zawsze się o niego upomni.
Świadomość pełnienia służby publicznej, przejrzystość zachowań i podejmowanych w tej służbie decyzji oraz kultura sporu politycznego - to trzy czynniki niezmiernie ważne dla tego, by demokratyczne życie publiczne nie stawało się dżunglą, w której toczą się niejasne dla społeczeństwa walki. W życiu publicznym powinny panować otwartość i zaufanie.
Wydaje mi się, że istnieją trzy wielkie obszary problemowe, w których powinniśmy uznawać istnienie wartości podstawowych.
Pierwszy dotyczy modelu współżycia ludzi wyznających różne poglądy na świat, modelu społeczeństwa pluralistycznego. Jak się mają jednak wyrażać wolności światopoglądowe i jaka ma być pozycja wielkich instytucji, takich jak
Kościół czy Kościoły?
Przyjęliśmy w Polsce po roku 1989 model przyjaznego rozdziału Kościoła i państwa, w odróżnieniu od tego modelu, który istniał w czasach komunizmu. Był to model państwa wrogiego Kościołowi, państwa ideologicznego.
W Europie demokratycznej istnieją pod tym względem różne tradycje. Francja jako wynik jeszcze wielkiej rewolucji utrzymuje całkowitą separację Kościoła i państwa, choć obecnie państwo wspiera szkolnictwo katolickie. Jest to jednakże daleko posunięta separacja hołdująca zasadzie, że religia jest sprawą prywatną.
Nasz model wychodził z założenia, że światopogląd wpływa na postawę obywateli, kształtuje ją i nie jest tylko sprawą prywatną. Przede wszystkim zaś przyjmował za ważne dziedzictwo Kościoła w historii Polski, w tym najnowszej. Rozdział czy poszanowanie wzajemnej autonomii jest niezbędne, ale niezbędne jest także współdziałanie.
Ten przyjazny charakter rozdziału Kościoła i państwa przeżywa dziś pewien kryzys. Złożyły się nań różne zdarzenia, przede wszystkim instrumentalne wykorzystywanie Kościoła przez niektóre partie do akcji politycznych, np. wyborów. W proteście pojawiają się dziś postulaty wyparcia Kościoła i religii z życia publicznego. Ostry antyklerykalizm i dążenie do absolutnej separacji.
Powinniśmy ocalić ten przyjazny model rozdziału Kościoła i państwa. Dziś powinien uświadomić to sobie sam Kościół hierarchiczny w Polsce, umieć wyciągnąć wnioski, uznawać i umacniać świeckość państwa i autonomię sfery politycznej.