http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kobiety księdza Twardowskiego

Magdalena Grzebałkowska
2011-09-15, ostatnia aktualizacja 2011-09-09 14:43

'Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego' Magdaleny Grzebałkowskiej ukaże się nakładem wydawnictwa Znak
'Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego' Magdaleny Grzebałkowskiej ukaże się nakładem wydawnictwa Znak
Fot. Igor Omulecki

Zanotował w dzienniku, że napisał zbyt serdeczny list do Janiny P. Obok dopisał słowo 'uważaj', podkreślił je, dodał wykrzyknik

ZOBACZ TAKŻE
'Ulegałem fascynacjom kobietami i nie wstydzę się tego' - sześć lat przed śmiercią Jan Twardowski rozmawiał o kobietach z Moniką Redłowską, dziennikarką 'Nowego Państwa'. Nie bał się o tym mówić. Nie oburzył się, gdy podczas innego wywiadu usłyszał stwierdzenie: 'Wiem, że się dobrze czujesz w obecności kobiet i kochasz dzieci'. Kiedy był młody, nazywał je swoimi przyjaciółkami. Na starość otaczał się gronem 'wnuczek'.

Profesor Jadwiga Puzynina, językoznawczyni i badaczka literatury, poznała Jana Twardowskiego w latach 60. dzięki znajomości z księdzem Bozowskim. Mówi: 'On miał wiele przyjaźni z kobietami. Odczuwał, jak się zdaje, wyraźną potrzebę relacji z kobietami, nie w sensie seksualnym, ale duchowym. A także rodzinnym. Bardzo tęsknił do rodziny'.

Reporterka 'Nowego Państwa' pytała: '- A czy ksiądz się kiedyś zakochał? - Całe życie kochałem, myślę, że nie można bez tego żyć. [...] - Taka miłość czysto duchowa? - Tak, ale też bardzo ważna. Każda miłość mężczyzny do kobiety jest dobra, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. [...] - Czy ksiądz pisał w młodości wiersze dla kobiet, pod ich natchnieniem? - Oczywiście. [...] - Jakie w takim razie są kobiety? - [...] W kobietach jest taka wielka odległość, coś szalenie subtelnego, a zarazem trywialnego. To nie znaczy, że myślę o nich źle'.

Zimą 1958 roku Jan Twardowski podjął się stworzenia w swoim dzienniku listy kobiet, które znał w życiu bliżej. Zanotował, że było ich kilka, jedne odeszły, niektóre już nie żyły. Chwalił się, że żadnej nigdy nie skrzywdził, żadnej nigdy sam nie opuścił, kiedy popełnił jakiś błąd - przepraszał, za wszystkie się modlił, był gotów do ofiar w ich intencji. Ale na owej liście umieścił tylko Gabrysię, koleżankę z lat szkolnych, potem zaniechał spisu z przeszłości. Kobiety otaczały go także w czasie, gdy pisał dziennik. Występowały w jego codziennych notatkach.



Gabrysia

Brat trzech sióstr, mieszkający z matką i babką, nigdy nie miał śmiałości do kobiet. Podobały mu się różne dziewczęta, ale one, jak twierdził, nie zakochiwały się w nim. Wspominał po latach: 'Jak żyję, nie miałem powodzenia u kobiet! Na przykład udawało mi się umówić z dziewczyną, a ona na ławce w parku zwierza mi się z kłopotów ze swoim chłopcem! Zawsze miałem szczęście do zwierzających się kobiet, szukających jakiejś rady. Bardzo je lubiłem, współczułem, no ale [...] trudno to nazwać powodzeniem'.

Choć nie wymieniał imion dziewcząt, które szukały u niego rady, jedną z nich musiała być Gabrysia. Odezwała się pod koniec lat 50. Napisała z Syberii, że od dawna go szuka. Wzruszył się jej listem. Była jego miłością z czasów szkolnych. Wspomniał w dzienniku, że czytali kiedyś razem w Łazienkach 'Anhellego' Słowackiego. Zapamiętał jej wyznanie, że lubi go dlatego, że pozwala jej się przyjaźnić z każdym innym kolegą, zawsze jej ufa i nie śmiałby oddalić od kogoś innego. Zanotował, że cieszyła go miłość innych do Gabrysi, zawsze był gotów ustąpić, byle było jej dobrze. Zapamiętał też, że kiedyś, gdy surowsza zima przysypała im czapki i tarcze szkolne, martwił się, że jej nos zmarznie. W liście na Syberię Jan Twardowski posłał Gabrysi swoje najcieplejsze rękawiczki. Więcej już o niej nie napisał.

W.

To przez nią zaczął pisać dziennik we wrześniu 1957 roku. Był nieszczęśliwy z powodu translokacji do parafii na Saską Kępę, ale jeszcze bardziej cierpiał z powodu burzliwego końca przyjaźni z W. Kim była? Nie wiadomo. Nigdy nie wspominał, w jakim była wieku, gdzie pracowała, skąd pochodziła, jej imię zapisywał pierwszą literą. Znali się od sześciu lat, oboje łączyła przyjaźń z G. (tak go poeta nazywał w dzienniku), który był młodszym kolegą Jana z seminarium.

Nie wiadomo, dlaczego Jan Twardowski i W. się poróżnili. W maju 1957 roku. Ksiądz pisał w dzienniku, że popełnił wobec W. największy błąd w życiu i ona jedna ma prawo o nim źle myśleć. Przyznawał, że ich przyjaźń zawsze była bezinteresowna i dopiero w maju zapomniał się, chciał od niej czegoś dla siebie. Nie otrzymał tego. Nigdy jednak nie wyjaśnił, co miał na myśli. Prosił W. o zachowanie dyskrecji, ale ona przekazała wszystko G., który rozniósł plotki w środowisku księdza Jana, wyolbrzymił całą sprawę. Twardowski pisał w dzienniku o awanturze, o zerwanych stosunkach ze swoim ojcem duchownym, o wzięciu całej winy na siebie. Niemal codziennie przeżywał sprawę na nowo. Analizował swój stosunek do W. Kochał ją, lubił tylko dla niej samej, modlił się za nią. Prosił Boga o wybaczenie wszystkiego, co było złe w tej sprawie. Jako pokutę zadał sobie dziesięć mszy świętych w jej intencji i codzienne odmawianie dziesiątki różańca.

Wybaczył G. Dziękował Bogu za spotkanie go w swoim życiu. Modlił się, żeby udało mu się wyjechać do Rzymu, gdzie miał napisać pracę o Kościele. Prosił o zdrowie dla niego i życzliwość ludzką. Tęsknił za W., choć udawał przed sobą, że jest mu obojętna. Ale gdy się widywali - bywał złośliwy. Pisał potem z żalem w dzienniku, że kolejny raz zrobił z siebie smarkacza, bo myślał tylko, jak sprawić jej przykrość. Słał listy z przeprosinami, żeby następnym razem znów powiedzieć o parę słów za dużo. Na początku grudnia 1957 roku W. odwiedziła księdza Jana. Postawiła sprawę jasno. Przez wszystkie lata ich przyjaźni prawdziwym zaufaniem darzyła tylko G., choć mówiła coś innego. Odwiedzała Twardowskiego tylko za zgodą G., pisała do niego listy, tylko gdy G. dawał przyzwolenie, przekazywała G. każde słowo, które Jan Twardowski jej powiedział. Po jej wyjściu ksiądz Jan zapisał, że dobrze się stało, bo stracił wobec niej wszelkie złudzenia.

Pod koniec stycznia 1958 roku pisał, że sprawa z W. już dawno pozytywnie została załatwiona. Pojednał się z nią, przesłali sobie skrzynki dobrych listów, nie mają już do siebie żalu. Pogodził się z ojcem duchownym. Wróciła przyjaźń z G., który szykował się do wyjazdu do Rzymu na sześć lat. W. wyjechała do Włoch trzy lata później, pisała stamtąd listy do księdza Jana. Tak naprawdę dopiero latem 1962 roku Jan Twardowski zanotował w dzienniku, że zmora W. minęła i larwa spadła. Zapisał, że znów zaczął się modlić po kapłańsku.

M.

Marychnę przeważnie nazywał w dzienniku M. Dopiero po kilku miesiącach odważył się napisać jej pełne imię. Pojawiła się w jego życiu jesienią 1957 roku, kiedy przeżywał zerwanie przyjaźni z W. Znał ją z Żoliborza. Pisał w dzienniku, że tam jej nie zauważał. Dopiero na Saskiej Kępie spojrzał na nią inaczej. Nigdy jej nie opisał. Była młoda, pracowała w jednym z warszawskich wydawnictw. Notował, że w życiu strasznie dużo przecierpiała. Jakie to były przeżycia? Nie wiadomo. Często popadała w smutne nastroje, przygnębienie. Liczył każdy dzień, gdy chodziła uśmiechnięta, parzyła mu herbatę, kroiła cytrynę. Była samotna, a on chciał znaleźć jej rodzinę. Szukał wśród znajomych, M. była z tego zadowolona.

Pochodziła z Kalisza. Pod koniec października 1957 roku Jan Twardowski śnił, że jechał z M. autobusem, a potem pociągiem do jej rodzinnego miasta. Byli sobie we śnie bliscy, mieli wspólny dom, wiedzieli, że pójdą do niego i odnajdą wszystko na swoim miejscu. Na stacji w Kaliszu zgubił M. Obudził się. Opisał sen w dzienniku. Uczyła go francuskiego, przetłumaczyła jego wiersz 'U źródła'. 25 października 1957 roku podczas lekcji rozmawiali o renesansie w literaturze francuskiej, notował nieznane sobie wyrażenia. Trzy dni później omawiali współczesną literaturę francuską, innym razem skupili się na jednym z dramatów Racine'a. Rozmawiali ze sobą tylko po francusku, nawet podczas jazdy tramwajem. Któregoś razu zauważył, że francuszczyzna dodaje im powagi w mieście. Zapisał, że chociaż obcuje swobodnie z kobietą na ulicy, budzi tym razem życzliwość, nie plotki.

M. zastąpiła mu W. Dziękował Bogu za jej obecność i za to, że zyskał jej przepiękną, subtelną duszę. Cieszył się w dzienniku, że w stosunku do M. nie miał ani jednej nieuporządkowanej myśli. Pisał, że M. pomaga mu piękniej kochać Boga. Po jednej z lekcji francuskiego notował na gorąco, że między nim a M. wytworzył się chyba najbardziej bezpośredni stosunek, jaki miał kiedykolwiek w życiu, chociaż są oboje wobec siebie strasznie delikatni, przewrażliwieni, skłonni do 'ceregielów'. Modlił się za nią codziennie podczas mszy świętej. Pod koniec października 1957 roku napisał wiersz dla M. Nazwał ją szkatułką, tak długo przed nim zakopaną, posyłał zdrowaśkę szeptaną co rano. Kilka miesięcy później stworzył kolejny wiersz, trochę podobny do poprzedniego. W nowym oddawał Marychnę w opiekę Matce Boskiej Poczajowskiej.

W grudniu 1957 roku na osobnej kartce, wyraźnym pismem, zielonym atramentem Jan Twardowski spisał historię ich znajomości. Skrupulatnie, w rządku jak księgowy, odnotował wszystkie daty ich spotkań między 27 września 1957 roku, kiedy pierwszy raz odwiedził M., a 8 grudnia 1957, gdy odbyli 16. lekcję języka francuskiego. Widywali się co dwa, trzy dni. Najczęściej na nauce, ale spacerowali też razem po Powązkach (23 października). Ksiądz Jan zapamiętał także, że 20 października zaczął mówić jej na ty. W tym czasie napisał sześć wypracowań po francusku i zadzwonił do niej kilka razy.

Ostatniego dnia grudnia 1957 roku M. powiedziała księdzu Janowi, że mogą być trudności z telefonami. 'Ktoś może coś nam ująć nawet w myślach o nas', powiedziała. Może w parafii pojawiły się plotki, że nowy wikariusz zbyt często jest widywany w towarzystwie kobiety?

Dziwił się temu. Przecież między nimi był Chrystus, Komunia Święta, Matka Boska Poczajowska, nauka! Napisał, że muszą strzec ich znajomości jak płonącej żywej lampki, którą może tyle rzeczy przygasić. Z bólem zgodził się na ograniczenie telefonów tylko do koniecznych, na co dzień mieli się posługiwać kartkami pocztowymi. Tęsknotę za nią postanowił przemienić w modlitwę za najbardziej osamotnionych na świecie. Prosił Boga: 'Pozwól mi uczyć się francuskiego z M., bo dzięki temu stanę się lepszym księdzem'.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 6
  • 1
  • 2
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':