Pani Marianne w poniedziałek przyjechała z Niemiec do Gdyni autokarem. W południe zameldowała się na rosyjskim "Siedovie", który brał udział w zlocie żaglowców i cumował przy "Nabrzeżu Kutrowym". Z Gdyni czteromasztowiec miał popłynąć na wycieczkowy rejs do niemieckiej Lubeki. Dla 80-letniej Niemki miała to być podróż życia. Wydała na to większość swoich oszczędności.
Po dopełnieniu niezbędnych formalności staruszka zostawiła w kajucie dokumenty i bagaż. Zabrała jedynie portfel i wyszła do miasta - chciała zwiedzić Gdynię i zrobić drobne zakupy. Była przekonana, że żaglowiec odpłynie o godz. 16. Tymczasem "Siedov" opuścił Gdynię godzinę wcześniej niż się spodziewała.
Nie wiadomo teraz, czy staruszka została wprowadzona w błąd przez członka załogi, czy źle go zrozumiała. Faktem jest, że pojawiła się przy nabrzeżu dwadzieścia minut za późno.
- Była zdenerwowana i o mało się nie rozpłakała - mówi Dariusz Sieger, strażnik miejski, który był akurat w pobliżu. - Zapytała mnie po angielsku, czy "Siedov" jeszcze wróci do Gdyni. Odpowiedziałem, że nie, ale zaproponowałem jej pomoc w skontaktowaniu się z niemieckim konsulatem. Nie chciała jednak o tym słyszeć, prosiła, żebym koniecznie zorganizował transport i umożliwił jej dostanie się na pokład żaglowca. Nie przekonało jej, że może to być niebezpieczne, bo jest wysoka fala, a "Siedov" jest już kilka kilometrów od brzegu.
Ostatecznie strażnik nawiązał kontakt z oficerem koordynującym łączność między wszystkimi żaglowcami zlotu, a ten poinformował kapitana "Siedova" o zgubionej pasażerce. Zapadła decyzja, że żaglowiec poczeka na redzie, a turystka zostanie przetransportowana do niego holownikiem i wciągnięta na pokład za pomocą liny z przytwierdzonym do niej krzesełkiem ratunkowym. Biorąc pod uwagę podeszły wiek kobiety, fale i wysoką na kilkanaście metrów burtę żaglowca, akcja wyglądała dość dramatycznie.
- Najważniejsze jednak, że wszystko zakończyło się szczęśliwie i już po dwudziestu minutach pani Marianne znalazł się cała i zdrowa na pokładzie żaglowca - mówi Danuta Wołk-Karaczewska, rzecznik gdyńskich strażników.
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto