Ewa Wołkanowska-Kołodziej: Powiem szczerze, pani książka nie miała prawa stać się bestsellerem.

Kristina Sabaliauskaite: Ale się stała. Mój wydawca po każdym dodruku dziwi się, że litewski rynek jeszcze się nie nasycił. Na Litwie debiutancką książkę wydaje się najwyżej w tysiącu egzemplarzy, za bestseller jest uważana taka, której się sprzeda w 3 tys. A niektóre nakłady "Silva rerum" sięgały 10 tys. Pierwsza część miała już 15 wznowień. [Mieszkańców Litwy jest dziś ok. 2 mln 900 tys.].

Kronika rodziny mieszkającej na Litwie w XVII wieku, łaciński tytuł, zdania na kilka stron, zero dialogów, szlachta mówiąca po polsku... a jednak czyta się świetnie.

- Władza sowiecka bardzo się starała, byśmy uwierzyli, że wieki XVI-XVIII to czas, kiedy spolszczeni szlachcice pili, bawili się i nie zrobili dla państwa nic dobrego. Uwierzyliśmy, że te 300 lat było upadłym obcym projektem, a nie częścią dziedzictwa litewskiego. Tyle że postęp kulturowy, którego w tym okresie dokonała Litwa za sprawą po polsku mówiącej szlachty, to fenomen. Nagle przychodzi pokolenie magnatów, którzy pobierali nauki w Padwie, Bolonii, Lejdzie. Podróżują po całej Europie, nawiązują kontakty, stają się częścią arystokracji europejskiej. W Wilnie powstaje uniwersytet. Wdarliśmy się wtedy do kultury europejskiej.

My, czyli kto?

- Obywatele Wielkiego Księstwa Litewskiego. Cała polskojęzyczna szlachta właśnie tak siebie nazywała. Dzisiaj na Litwie przesadnie akcentuje się znaczenie języka, będącego jakoby podstawą tożsamości narodowej. Chciałam, żeby czytelnik zrozumiał, że kiedyś tożsamość rozumiano inaczej. Szlachcice czuli się Litwinami, choć na co dzień mówili po polsku, a raczej w dialektach Wielkiego Księstwa. Zrezygnowałam w książce z dialogów, by moi bohaterowie byli niczym niemy chór. Nie chciałam oszukiwać czytelnika, że niby mówią po litewsku.

Dostała pani za to po głowie?

- Otwarcie nie, choć wyczuwałam pewne napięcie. Toczyłam też długie bitwy z redaktorami o język książki. Mówili: "To poważne błędy językowe, tak nie wolno po litewsku, to barbaryzm...". Książka się jednak podobała. Zaproponowałam ją kilku wydawnictwom i wszystkie się zainteresowały jej wydaniem. W jednym z nich usłyszałam: "Te wszystkie polonizmy trzeba będzie wprawdzie usunąć, ale proszę się nie martwić - zajmiemy się tym".

O, jak miło!

- Widzi pani, toczyłam te same walki o zdrowy rozsądek, co Polacy na Litwie, którzy walczą o to, by w swoich dowodach wpisać literkę "w" zamiast "v". Litwini nie są jednorodną masą, my też czasami jesteśmy ofiarami purytanizmu językowego we własnym kraju.

Jak skończyła się ta batalia?

- Redaktorów przekonałam, ale potem Państwowa Inspekcja Języka Litewskiego chciała mnie ukarać mandatem.

Więcej w sobotnim "Magazynie Świątecznym"