Pani Janina ma etat, na rękę dostaje 1,4 tys. zł. Brakuje jej na wszystko: jedzenie, czynsz, opłaty za gaz i prąd. Dała się skusić ofercie firm pożyczkowych. Teraz ma do spłacenia chwilówki w sumie na kwotę 10 tys. zł, a do tego kredyt w banku. Miesięcznie spłaca 370 zł pożyczki bankowej, ale chwilówek już nie.

Co miesiąc je przedłuża albo spłaca i od razu bierze nowe w tej samej firmie. Pożycza coraz wyższe kwoty, bo odsetki zjadają jej pensję, a wtedy nie ma z czego żyć. W banku nie dostanie już kolejnej pożyczki, bo nie ma zdolności kredytowej.

Kredyt spłaca również pan Piotr, choć jego sytuacja finansowa jest w miarę stabilna. Od pewnego czasu miał ciągłe problemy z dojazdem do pracy. Pociągiem było zawsze najszybciej, bo nie stał w korkach. Pracuje bowiem w Warszawie, a z żoną mieszka w Skierniewicach. Jednak od jakiegoś czasu wciąż pociągi były regularnie wstrzymywane albo przez zalanie torów, albo przez ich remonty. Regularne spóźnianie się do pracy nie wchodziło w grę. Musiał wziąć kredyt na samochód.

Pan Piotr z żoną wziął kredyt, bo nie mieli gdzie mieszkać. Ich sytuacja nie była tak komfortowa jak znajomych, którzy mieszkanie odziedziczyli po rodzinie. Policzyli, że bardziej opłaca im się spłacać trzypokojowe mieszkanie, niż wynajmować kawalerkę. Choć pan Piotr zarabia 2,5 tys. zł na rękę, a jego żona nie może znaleźć pracy, to na pomoc państwa i mieszkanie socjalne nie mieli co liczyć. Wciąż są wystarczająco "zamożni", aby radzić sobie sami.

Państwo bankowe i chwilówkowe

- Jeżeli państwo nie ma pieniędzy na finansowanie sfery publicznej, to przenosi ten obowiązek na ludzi. W takiej sytuacji zwłaszcza biedniejsze rodziny muszą zaciągać kredyty na codzienne rosnące potrzeby - mówi prof. Elżbieta Mączyńska, szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Przykład? Jeśli z powodu cięć budżetowych szkoła rejonowa staje się słabsza, w przychodni są kolejki, a połączenia kolejowe są likwidowane, to ludzie muszą wysyłać dzieci do prywatnej szkoły, kupić prywatny pakiet medyczny i samochód.

- A ponieważ na to wszystko często ludzi nie stać, więc biorą kredyty. Za pieniądze banków obywatele zaczynają wyręczać państwo w jego zadaniach. Im bardziej państwo nie jest w stanie finansować usług publicznych, tym więcej ludzi idzie do banków, żeby zachować dotychczasowy poziom życia - komentuje prof. Mączyńska.

Jak wygląda sytuacja na polskim rynku kredytowym? Jak kredytodawcy wykorzystują trudną sytuację swoich klientów? Czytajcie w poniedziałek w "Wyborczej".