Wykrywalność zabójców w Polsce wynosi 95 proc. To świetny wynik w porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej, w których policja ma do dyspozycji lepszy sprzęt i bazę DNA. Jak to możliwe?

Adam, funkcjonariusz z wieloletnim stażem w dziale zabójstw: - Wszyscy w policji wiedzą, że wykrywalność na poziomie 95 proc. nie jest możliwa do osiągnięcia bez manipulacji.

Na przykład sprawa Anny G. Zaginęła 7 lipca 2012 r. Mąż zgłosił, że po kłótni spakowała walizkę i wyszła z domu. Nie wierzą w to jej rodzice: miała małą córeczkę, bardzo ją kochała. Mąż po zniknięciu Anny zachowywał się dziwnie, jakby nic się nie stało. Policja sprawę zignorowała: "Może pojechała nad morze? Zarobi i wróci". Nie wróciła.

Dlaczego nie wszczęto śledztwa w sprawie zabójstwa?

- Funkcjonariusze, którzy prowadzili sprawę Anny G., byli naciskani przez przełożonych, aby nie informować prokuratury o tej sprawie. Oczywiście ustnie, wiec żadnych dowodów nie ma - mówi policjant. - Ale dobrze pamiętam, jak mówili, że są mocne przesłanki, że to mąż zabił zaginioną.

W sprawach, w których nie ma stuprocentowych szans udowodnienia winy, przestano wszczynać śledztwa. Niestety statystyki dotyczące zabójstw stały się w ostatnich latach bardzo ważne, bo gdy wykrywalność w całej Polsce wynosi blisko sto procent, to niewykrycie jednego sprawcy zabójstwa od razu pokazuje komendę w złym świetle. Odczuwają to też prokuratorzy, których policja prosi o zmianę klasyfikacji na niższą. Czasem naczelnicy wydziału kryminalnego sugerują wprost: "Wpisz doprowadzenie do targnięcia się na życie, a my i tak sprawę będziemy robić jako zabójstwo".

Policja służy ludziom czy słupkom? Z czego rozliczani są policjanci? Reportaż o kreatywnych policyjnych statystykach przeczytacie jutro w "Dużym Formacie".



Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl