"Rzucam pracę i wyjeżdżam do Polski. Dostanę służbowe mieszkanie, zarobię 7 zł w godzinę i żyć będę jak ta pani w samej Warszawie" - mówię szefowej mojego pisma w Truskawcu.

W duchu myślę, że to trochę niestosowne pracować na kasie, mając dwa dyplomy w kieszeni. Ale kasa to kasa. Na Ukrainie zarabiam niecałe 200 zł miesięcznie. Szefowa bez słowa podchodzi do biurka i z szuflady wyjmuje ikonę ze świętym Mikołajem: "Bierz. Przyda ci się w obcym kraju". Jest on patronem panien na wydaniu i sierot.

Herbata jest tylko moja

Każda Ukrainka, jadąc do pracy za granicą, bierze garnek, patelnię, nóż, kołdrę i czajnik. To nasz zestaw podstawowy. Nie pakuję tylko czajnika - w końcu do stolicy jadę, nie do dziury jakiejś. Zamiast niego upycham w walizce aż cztery swetry, bo przecież muszę wyglądać.

Dobrze mówię po polsku, dlatego w agencji pracy na Ukrainie zaproponowano mi posadę kasjerki w sklepie spożywczym (umiem przetłumaczyć nawet takie słowa jak "przeziębiony przedsiębiorca", czym szpanuję).

Za kartkę z adresem sklepu na warszawskiej Pradze płacę ok. 250 zł. Ponoć będę mieszkać w domu dla pracowników, ale wszystkich szczegółów mam się dowiedzieć jednak już na miejscu.

Jak wygląda polskie życie pracujących tu Ukrainek? Jak widzą Polskę? Czytaj w nowym cyklu reporterskim "Gazety Wyborczej". Pierwszy odcinek we wtorek 17 marca. Partnerem cyklu jest Instytut Spraw Publicznych.



Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl