Była niedziela, przed dziesiątą rano. Prof. Janusz Skalski, kardiochirurg dziecięcy, siedział właśnie w studiu telewizyjnym, w którym miał opowiadać o przeprowadzonej przez siebie nowatorskiej operacji wszczepienia zastawki małej dziewczynce. Nim nagranie ruszyło, odebrał telefon - dzwonił koordynator do spraw leczenia wychłodzonych pacjentów. Chodziło o małego chłopca, który spędził całą noc na dworze i jest skrajnie wychłodzony. Skalski nagrał wypowiedź, wsiadł w samochód i ruszył do szpitala. Był równo z karetką, która przywiozła Adasia.



DARIUSZ KORTKO: Jak wyglądał?

PROF. JANUSZ SKALSKI: Jak zwłoki człowieka, czyli był zimny, siny, bez odruchów.

Dlaczego zdecydowaliście się go reanimować?

- Nie była to nasza decyzja. Reanimację zaczął policjant, który znalazł chłopca nad wodą, potem akcję przejęli ratownicy. Przez całą drogę do Krakowa masowali mu serce. Podjęli dobrą decyzję, choć dziecko nie miało żadnych odruchów i było kompletnie wychłodzone, zimne jak lód. My musieliśmy zdecydować, czy kontynuujemy reanimację i wdrażamy bardzo radykalny sposób leczenia, angażujący mnóstwo sprzętu i ludzi.

Chłopiec oddychał?

- Skąd! Przecież jak nie ma czynności serca, to nie ma oddechu. Wyłączone jest wszystko. Był bez oddechu, bez odruchów neurologicznych. Jestem przekonany, że stał już po drugiej stronie życia.

Umarł?

- W naszej klinice na co dzień mamy do czynienia z pacjentami w głębokiej hipotermii. Zimne ciało to dla nas żaden wskaźnik śmierci. Podczas operacji często schładzamy pacjentów do 15 stopni.

A ten chłopczyk jaką miał temperaturę?

- 12,7 stopnia, ale po schłodzeniu człowieka niejednokrotnie temperatura jeszcze dryfuje, schodzi poniżej 15 stopni, nie przejmujemy się tym. Temperatury między 12 a 16 stopni to nasz chleb powszedni. To kapitalne zabezpieczenie

dla narządów. Skoro przyjeżdża wyziębiony pacjent, to nie wiemy, czy jest w nim życie, czy już odszedł z tego świata i należy dać sobie spokój.

Nie miał pan wątpliwości?

- Przeleciała mi przez głowę myśl, czy nie odstąpić. Ale w takiej sytuacji nie ma czasu na roztrząsanie problemów. Trzeba działać szybko.

Czyli?

- Pierwsza rzecz to założyć elektrodę do odbytu, bo w czasie operacji przeprowadzanych w głębokiej hipotermii zawsze w ten sposób mierzymy temperaturę. Przyrząd pokazał 12,7 stopnia w odbycie, 12 stopni w przełyku. Skóra miała tylko 5 stopni.

Co dalej?

- Przełożenie pacjenta na stół, szybkie umycie pola operacyjnego środkami odkażającymi, przy czym cały czas masowane było serce chłopca. Potem błyskawiczne otwarcie klatki piersiowej, żeby podłączyć ECMO.

Płucoserce?

- Uproszczona wersja płucoserca, którą stosuje się zazwyczaj do przewlekłego zastąpienia płuc. Tutaj chodziło o oddech i krążenie, czyli mówimy wtedy o ECMO ze wspomaganiem krążenia (...).

I serce zaskoczyło?

- 12 stopni to nie jest temperatura dla serca. Jesteśmy nie zmiennocieplnymi gadami, tylko ssakami, które są przyzwyczajone do 37 stopni. Czynność serca u chłopca była szczątkowa, taki ledwie wyczuwalny ruch robaczkowy. Typowy zespół umierającego serca. Ale jak podłączyliśmy ECMO, widać było, że ma ochotę się kurczyć. A jeśli tak, to mogliśmy powiedzieć: ten narząd wróci do życia.

Pan to zobaczył?

- Tak, patrząc na serce, można wyrokować, ale nie to jest najważniejsze. Serce może wrócić. Co z tego, skoro mózg nie wróci? Nie da się żyć bez głowy.

I wtedy była decyzja: ogrzewamy?

- Oczywiście, że nie ogrzewamy. Nie wolno ogrzewać!



Jak udało się uratować Adasia? Co czuje lekarz, gdy przegrywa walkę? Jutro w kolejnej odsłonie cyklu "Lekarze czy bogowie" wywiad z prof. Januszem Skalskim. Do przeczytania w "Dużym Formacie", magazynie "Gazety Wyborczej" oraz w aplikacji "Duży Format".