Co to za dom, fundamenty w nim drżą
Brat bratu gardło podrzyna
Jest zawsze rola dla Kreona
Jest heroiczna Antygona
-- "Kreon", piosenka Maanamu Noc z 12 na 13 grudnia 1981 r. spędziłem we własnym łóżku, śpiąc, nieświadom, że właśnie rozwiewają się nadzieje na obalenie PRL. Moi przyjaciele z pisma "NTO", które wydawaliśmy w "Solidarności" Region Mazowsze, jakoś się wcześniej dowiedzieli, co się szykuje, i pobiegli pod siedzibę Regionu na Mokotowską, skąd ZOMO wynosiło papiery i wyciągało ludzi.
Około północy w trzaskającym mrozie mój przyjaciel Włodek Wypych wstąpił na pryzmę śniegu i wygłosił mowę do żołnierzy i milicjantów, że stoją po złej stronie, i wezwał ich, by przyłączyli się do deptanego narodu. Żołnierze postanowili zostać tam, gdzie stali, Włodek zaś razem z drugim naszym przyjacielem Adamem Romaniukiem udali się prosto do miejsca odosobnienia w Białołęce, gdzie spędzili następnych kilka miesięcy.
Dowiedziawszy się o tym nazajutrz rano, podjąłem pałeczkę sztafety. Wypełniała mnie nienawiść i gniew rewolucyjny. Wespół z towarzyszami z "NTO" Agnieszką Maciejowską i Tadeuszem Wypychem ruszyliśmy po zakładach pracy, gdzie chcieliśmy rozdać ulotki wydrukowane poprzedniej nocy przez Tadka. W FSO na Żeraniu coś komuś przekazaliśmy, ale przed bramą Huty Warszawa zatrzymali nas i kazali jechać za radiowozem na komisariat na Żeromskiego. Po drodze upchnęliśmy ulotki pod gumowe wycieraczki w samochodzie. Przed komisariatem zaparkowaliśmy i weszliśmy posłusznie z milicjantami do środka. Tam nas zrewidowali, przesłuchali, co takiego robiliśmy pod Hutą, zapowiedzieli, że pojedziemy do obozu internowania w Białołęce, po czym wsadzili "na dołek".
A nazajutrz - ku naszemu zdumieniu - wypuścili, ostrzegłszy, byśmy więcej nie grzeszyli. Auta nie zrewidowali.
Kiedy wróciłem do domu, okazało się, że mój chlebodawca Ricardo Estarriol, korespondent hiszpańskiego dziennika "La Vanguardia", w niedzielę 13 grudnia przyjechał
samochodem z Wiednia. Niezwłocznie akredytował mnie więc jako oficjalnego tłumacza w centrum prasowym Interpress przy MSZ, nie bacząc, że mogę być już więźniem politycznym, którego zatrudnianie mogło mu zaszkodzić. Miałem pracę i parasol ochronny nad głową. Estarriol ujął mnie tym do końca życia.
Przez następne lata pracowałem dla "La Vanguardii", ucząc się dziennikarstwa oraz rozprowadzając wśród korespondentów zagranicznych podziemny "Tygodnik Mazowsze".
Czy przeciwnicy mogą mieć jakieś racje Zastanowiła mnie pobłażliwość władzy. Albo mają bałagan, albo ustępują przed opinią Zachodu - pomyślałem.
Pierwsze doświadczenia stanu wojennego jasno pokazywały, że
Polska '82 to nie to samo co
Węgry '56 czy Czechosłowacja '68. Co więcej, że to przebiega łagodniej niż Poznań '56 czy Gdańsk '70. Docierało do mnie to, co mi powtarzał mój pracodawca, w końcu postronny obserwator, że Jaruzelski zrobił stan wojenny w jedwabnych rękawiczkach, a porównania z np. gen. Augusto Pinochetem są jakoś niestosowne. Coś podpowiadało, że różnica nie wynikała ze słabości reżimu w starciu z "Solidarnością", ale z zamysłu.
Mimo to brałem całym sercem udział w kulturze oporu, w której w roli Kata, Oprawcy i Czarnego Luda niezmiennie występował Polski Pinochet w ciemnych okularach herbu Ślepowron.
Recytowaliśmy kawały i wierszyki, jak ten powstały po utworzeniu przez generała Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego (PRON): Na klasowej walki froncie dzielnie staje WRON-ie PRONCIE. I ciarki mi po plecach chodziły, kiedy tłum na Starym Mieście w Warszawie krzyczał: „Gestapo!” i „Nie ma wolności bez » Solidarności «!” oraz kiedy
papież na Jasnej Górze modlił się głośno: „Cały Twój”.
A dzisiaj? Mówi się, że dla mojego pokolenia czas od 13 grudnia 1981 r. do Okrągłego Stołu to wyjęte siedem lat życia. Za siebie powiem, że i tak, i nie.
To były lata szarpania się bez nadziei na odmianę losu kraju. Ale i były szkołą zawodu, szkołą oporu i obywatelstwa oraz żywą sceną, gdzie widać było poplątane ścieżki ludzi po obu stronach barykady.
Ujawnienie meldunków płk. Ryszarda Kuklińskiego wysyłanych przez niego w latach 1980-81 do CIA w Waszyngtonie ze sztabu generalnego Ludowego Wojska Polskiego ponownie postawiło pytanie o sens stanu wojennego. Odżyła dyskusja, czy było to mniejsze zło, które generał Jaruzelski wybrał, żeby krajowi zaoszczędzić interwencji zbrojnej, czy tylko zbrojna próba ocalenia upadającej komunistycznej władzy generała.
Zabrali głos politycy, historycy i publicyści. Niektórzy orzekli, że meldunki Kuklińskiego potwierdzają tezę, że interwencja ZSRR, owszem, groziła w grudniu 1980 r., może jeszcze na wiosnę 1981 r., ale już na pewno nie w grudniu 1981 r. Z tego punktu widzenia ówczesna walka między ekipą Jaruzelskiego a tzw. betonem partyjnym była nic nieznaczącą dla narodu dintojrą w gangu.