Dariusz Zaborek: Znajoma redaktorka powiedziała mi, że Zofii Bartoszewskiej należy się medal za to, że dzielnie znosi tę wielką ilość słów szybko wypowiadanych przez męża. Zofia Bartoszewska: - Ale mój mąż w domu wcale tak dużo nie mówi, bo odpoczywa.
Bo myślałem, że pani musi zawsze walczyć o dojście do głosu. - Czasami tak. W towarzystwie on głównie rozmawia. Ale mnie to nie przeszkadza, bo nie jestem szalenie rozmowna.
A to kłopot, bo ja chciałbym porozmawiać z panią. - O mężu?
Nie - o pani. - No więc któregoś dnia wracam z pracy w PIW-ie, a w fotelu - który do dziś stoi w męża pokoju - siedzi Bartoszewski. A koło niego siedzi mój pies i z miłością na niego patrzy. Znaczy: pies na Bartoszewskiego
(śmiech). Pies wpuścił go do mieszkania? - Nie, nie, nie, ja miałam gosposię, ale Władek te wszystkie gosposie sobie natychmiast przyswoił. Nie w jakimś szczególnym sensie, tylko po prostu one go od razu polubiły.
Męża poznała pani w PIW-ie? - Właściwie nie, bo on nie był wydawany przez PIW. Poznałam go w środowisku, w którym się obracałam. Ale szczerze mówiąc nie bardzo go zauważałam. Chociaż on był już bardzo znany i było wiadomo, że przesiedział ileś lat w więzieniu. Aż nagle zaczął do mnie przychodzić. Właśnie tak podstępnie.
(...)
- Pobraliśmy się w roku 1967. Ale nasze pierwsze spotkanie było chyba w 1956 czy 1957 roku u Zosi Lewinówny, która potem razem z moim mężem była autorką „Ten jest z ojczyzny mojej”. Tamto spotkanie było związane z tym, że udało nam się wydać Norwida. Bo jego też przez jakiś czas nie wolno było wydawać. I my to wywalczyliśmy i wydaliśmy pierwszą książeczkę, bardzo niedużą, w opracowaniu Juliusza Wiktora Gomulickiego. I Lewinówna, u której mieszkałam w tym czasie, zrobiła spotkanie dla uczczenia, że ta książeczka wyszła, i zaprosiła Gomulickiego, a z Gomulickim przyszedł Bartoszewski, bo byli zaprzyjaźnieni. I od Norwida zaczęła się nasza znajomość (śmiech).
Ale mówi pani, że na początku nie zwracała pani uwagi na męża? - Nie zwracałam w sensie osobistym. Ale zwracałam uwagę na ciekawego człowieka. Zwłaszcza że on już nie jest teraz tak dynamicznie wesoły jak wtedy. On nas przy tej kolacji wspaniale zabawiał.
(...) O, właśnie przyjechał mój mąż, to może on coś doda.
Ale będziemy kontynuować rozmowę? - Będziemy, ale niedługo, bo będzie chciał zjeść
obiad.
(...)