Muhammad: Dlaczego nikt mnie nie słucha? Gdyby 26-letni skromny sprzedawca uliczny z tunezyjskiego miasteczka Sidi Buzid, mógł zobaczyć, jak wygląda dzisiaj polityczny krajobraz Bliskiego Wschodu, przecierałby zapewne oczy ze zdumienia.
Przez przyjaciół pieszczotliwie nazywany Basbusa (Deserek), Muhammad Buazizi nie skończył nawet szkoły średniej, od 10. roku życia pracował, żeby pomóc utrzymać siedmioro rodzeństwa. Pechowiec jakich mało - nigdy nie udało mu się dostać stałej pracy, rodzina opowiada, że nie przyjęli go nawet do wojska. Chcąc nie chcąc, zarabiał na życie, sprzedając na ulicy warzywa i
owoce.
17 grudnia 2010 r. policjanci, którym nie chciał dać łapówki, zabrali jego wózek z warzywami i wagę. Przyjaciele opowiadają, że został też publicznie spoliczkowany. Kiedy poszedł na skargę do biura gubernatora i nie został wysłuchany, doprowadzony do ostateczności stanął pod biurem, oblał się
benzyną i podpalił, krzycząc: "Dlaczego nikt nie chce mnie wysłuchać?".
Po dwóch tygodniach zmarł w szpitalu, a jego pogrzeb, na który przyszły tysiące ludzi, zamienił się w pierwszy wielki protest. - Pomścimy cię, Muhammad. Dzisiaj to my płaczemy, ale jutro zapłaczą winni twojej śmierci! - wygrażali żałobnicy i słowa dotrzymali.
Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Z każdym tygodniem coraz więcej Tunezyjczyków protestowało na ulicach kolejnych miast przeciwko biedzie, bezrobociu, korupcji i nieudolnym rządom prezydenta Ben Alego. W starciach demonstrujących z policją zginęło kilkadziesiąt osób, 14 stycznia dyktator abdykował i jak niepyszny uciekł do Arabii Saudyjskiej.
Asma: Bądź mężczyzną, przyjdź protestować - Zobaczcie, co się stało w Tunezji, może czas uwierzyć, że my też możemy żyć w kraju wolności, honoru i godności - mówiła cztery dni później prosto do kamery drobna Egipcjanka w sweterku w paski, z włosami zasłoniętymi jasną chustą. - Jeśli chcemy żyć jak ludzie, a nie wegetować jak zwierzęta, wyjdźmy i zażądajmy naszych praw! A jeśli ktoś uważa, że nie warto protestować, bo i tak nic się nie zmieni, jest takim samym zdrajcą jak prezydent i policjanci, którzy biją nas na ulicach! - wyliczała pospiesznie w egipskim dialekcie, lekko drżącym głosem.
Nagranie Asmy Mahfuz wyglądało na iście samobójczą brawurę, bo dotąd chyba nikt bezkarnie nie nazwał bezwzględnego egipskiego dyktatora Hosniego Mubaraka zdrajcą. 18 stycznia trafiło na internetowe portale
Facebook,
Twitter oraz YouTube i błyskawicznie stało się prawdziwym hitem.
Narażając się reżimowi, 26-letnia absolwentka ekonomii, która w 2008 r. założyła słynny opozycyjny Ruch 6 Kwietnia, poruszyła prawdziwą lawinę. Każdego dnia zachęceni przykładem Asmy kolejni młodzi aktywiści, którzy wcześniej bali się wszechmocnej bezpieki, ujawniali się i otwarcie namawiali do protestów.
Wieczorem 24 stycznia, dzień przez wielkimi protestami na kairskim placu Tahrir, Asma nagrała jeszcze jeden film. - Ja, bezbronna dziewczyna, przyjdę jutro na Tahrir, żeby powiedzieć "nie" korupcji i reżimowi. Jeśli jesteś mężczyzną, przyjdź, żeby mnie bronić. Jeśli nie przyjdziesz, będziesz winien temu, co zrobią mi służby bezpieczeństwa - prosiła. - Namówcie rodzinę, przyjaciół, niech przyjdą, bo jeśli każdy przyprowadzi chociaż pięć albo dziesięć osób, to wystarczy.
Wystarczyło. Następnego dnia na Tahrir zjawił się milion Egipcjan żądających odejścia Mubaraka. Po dwóch tygodniach nieustających protestów egipski dyktator, który żelazną ręką rządził krajem przez trzy dekady, oddał władzę i trafił za kratki.
Ahmad - rekordzista wśród więźniów Jeszcze bardziej ponury los spotkał libijskiego satrapę. Hardy pułkownik Muammar Kaddafi długo nie chciał słyszeć o oddaniu władzy, którą sprawował ponad 40 lat. Kiedy natchnieni przez Tunezyjczyków i Egipcjan Libijczycy w połowie lutego wyszli na ulice, żądając odejścia dyktatora, najpierw ich wyśmiał, a w kolejnych wystąpieniach poprzysiągł zemstę, zarzekając się, że za nic nie opuści Libii. Wolał rozpętać w kraju krwawą wojnę domową.
W starciach wspieranych przez NATO rebeliantów z wojskiem i ściągniętymi do kraju przez Kaddafiego najemnikami, w ciągu ośmiu miesięcy zginęło kilkadziesiąt tysięcy Libijczyków. Jednak najbardziej szalony z arabskich dyktatorów słono zapłacił za swój upór. Zginął pod koniec października w niewyjaśnionych okolicznościach, od strzału w głowę. Na zamieszczanych w internecie nagraniach z jego pojmania widać żywego jeszcze Kaddafiego: zakrwawiony, przerażony, kurczowo trzyma się nogi jednego ze swoich oprawców.
Tak przerażeni byli pewnie opozycjoniści, którymi przez lata zapełniał cieszące się ponurą sławą liczne więzienia. Jak Ahmad az-Zubajr as-Sanusi, najsłynniejszy chyba libijski więzień polityczny. 77-letni dziś Libijczyk rodzinne koneksje ma naprawdę imponujące. Jest krewnym pierwszego króla Libii Idrisa I, a jego wielki pradziad Muhammad ibn Ali as-Sanusi był założycielem i przywódcą potężnego religijno-politycznego ruchu w Afryce Północnej zwanego od jego nazwiska Sanusiją.
Dobre urodzenie nie zapewniło Ahmadowi lekkiego życia. Wykształcony w Irackiej Akademii Wojskowej, już w 1970 r., rok po przejęciu władzy przez Kaddafiego, razem z bratem i przyjaciółmi zaplanował obalenie świeżo upieczonego przywódcy. Opowiadają, że chcieli dać Libijczykom wybór - sami mieli zdecydować, czy chcą republiki, czy monarchii. Zamach udaremniono, a As-Sanusi został skazany na śmierć, wyrok zmieniono później na wieloletnie więzienie. W sumie spędził w więzieniach 31 lat, przez pierwsze dziewięć siedział w całkowitym odosobnieniu, wielokrotnie bity i torturowany. Na wolność wyszedł dopiero w 2001 r., z okazji 32. rocznicy przejęcia władzy przez Kaddafiego.
Razan: Wiedziałam, że po mnie przyjdą Równie koszmarny los czekałby pewnie w więzieniu 34-letnią niewysoką blondynkę o ciemnych oczach, która od marca ucieka przed syryjską bezpieką. Razan Zajtuna, prawniczka i obrończyni praw człowieka, nieraz narażała się władzom. Jednak dopiero w ostatnich miesiącach nie na żarty rozwścieczyła syryjskiego dyktatora Baszara al-Asada. Razem z grupą znajomych założyła portal obrońców praw człowieka (SHRIL) regularnie zamieszczający informacje o tym, jak reżim od marca topi we krwi demokratyczne protesty Syryjczyków.
Przy każdej okazji opowiadała arabskim i zachodnim mediom, co się dzieje na ulicach Damaszku, Homs, Hamy czy Dary. - Asad nazywa nas terrorystami, ale my wiemy, że jedyna organizacja terrorystyczna w tym kraju to reżim, który od miesięcy morduje i zamyka tysiące ludzi tylko dlatego, że zamarzyła im się wolność - mówi.