
Taki Tołstoj. Jak pamiętamy, albo i nie, nigdy nie dostał Nobla. Dostawali go za to pisarze i poeci, którzy wieczności nie zaznali: Sully Prudhomme, Theodor Mommsen, Bjornstjerne Bjornson, Frédéric Mistral, Henryk Sienkiewicz. A Tołstoj nie. Chociaż był najpoważniejszym kandydatem do nagrody i doskonale wiedzieli o tym szwedzcy akademicy, którzy zanim otwarto testament Alfreda Nobla, za dochody z połowu łososia układali sobie
słownik języka szwedzkiego, a kiedy już testament otwarto, spadł na nich ciężar dokarmiania literackich narcyzmów. Z Tołstojem jednak mieli problem. No bo jak to: głosi w swoich pismach wyzwolenie chłopów, a krestianie w jego hrabiowskich włościach jak byli, tak są niewolnikami.
Na obronę Tołstoja można by przytoczyć tekst Mariana Pilota z "Książek", które macie przed sobą. Niezbicie z niego wynika, że jeśli Tołstoj trafił do piekła obłudników, to smaży się w nim z całą polską szlachtą. Miała ona - jak brawurowo objaśnia tegoroczny laureat
Nike - nielichy dar obrony własnego ekonomicznego status quo kosztem zniewolonego chłopstwa. A był polski chłop - zdaniem Pilota - niewolnikiem bardziej zniewolonym niż poddani grafa Tołstoja z Jasnej Polany. I miał nim pozostać na wieki wieków, o czym świadczy pierwsza polska powieść, która była donosem pisanym przez maniaka walczącego o czystość rasy sarmackiej przeciwko wszystkim, którzy próbowali się wyrwać ze szlacheckiej.
Wśród przypalanych hipokrytów znajduje się pewnie także inny bohater numeru, Fryderyk Engels, ojciec rewolucji, który nawet polowanie na lista uzasadniał koniecznością trzymania formy na ewentualność jej wybuchu, a grał na giełdzie - jak twierdził - by przyspieszyć upadek kapitalizmu.
Listę można by jeszcze wydłużyć, choćby o kanclerza Helmuta Kohla, demaskowanego przez Janusza Rudnickiego jako okrutnika wobec własnej żony. Wystarczy nam jednak wniosek, że hipokryzja to grzech raczej powszedni i nieuleczalny.
A mimo to szwedzcy akademicy nie chcieli z niego rozgrzeszyć autora "Sonaty Kreutzerowskiej". Czekali dziesięć lat, aż Tołstoj wyleczy się z hipokryzji, a i on sam też próbował - jak wiemy, metodą ucieczkową. W końcu nabawił się zapalenia płuc i umarł na stacyjce Astapowo, uwalniając ostatecznie akademików od kłopotu.
Ale zaraz, zaraz, przecież Tołstoj wcale nie umarł. Został zamordowany. Tak przynajmniej twierdzi Wiktor Jerofiejew w specjalnie dla "Książek" napisanym tekście. A kto go zabił? Ty, drogi Czytelniku.
To marzenie - jak sądzę - wielu autorów kryminałów: skonstruować fabułę, w której to Czytelnik jest mordercą. I jeszcze zmusić go, by sam strona za stroną coraz bardziej utwierdzał się we własnej winie. Na koniec zaś popełnił samobójstwo. Myślę, że taki manewr mógłby się udać ewentualnie jednemu współczesnemu pisarzowi - Harukiemu Murakamiemu, o którym w "Książkach" pisze Joanna Bator. Tymczasem Jerofiejewowi cała operacja przychodzi bez trudu: wszyscy - pisze autor "Rosyjskiej piękności" - jesteśmy mordercami Tołstoja.
Z tym że Tołstoj to dla Jerofiejewa synonim literatury jako takiej. Bo literatura jego zdaniem już tylko dogorywa. Zabiliśmy ją pospołu za pomocą siekiery zwanej demokracją i noża wolnego rynku oraz kilku innych bardziej wyszukanych narzędzi (szczegółowy zapis zbrodni - w numerze). A jako że i tak literatura znajduje się w agonii, pisarz może sobie odpuścić hipokryzję i z całym bezwstydem przyznać, że zawsze rządziła nią Święta Trójca, czyli talent, seks i pieniądze splątane w sposób absolutnie nierozerwalny.
Po przeczytaniu Jerofiejewa uwolnionym od złudzeń Czytelnikom polecam jednak lekturę pozostałych tekstów w numerze. Przekonacie się, że z literaturą wcale nie jest tak źle, jak Jerofiejew sądzi.
A tak w ogóle to Nobla powinien dostać przede wszystkim Bolesław Prus, co udowadnia w tym numerze więcej niż przekonująco Jan Gondowicz.
My natomiast życzymy wesołych świąt z "Książkami" i książkami, które polecamy w najnowszym numerze.
