Zawsze wiedziałem, że Andrzej Sapkowski to mistrz układania melodyjnej prozy. Decyzje typu "czy zastosujemy dwa zdania proste, czy jedno podrzędnie złożone" dziennikarski wyrobnik podejmuje czysto przypadkowo. Ba: czasem podejmuje je za niego grafik, któremu jedna z opcji "rozwalałaby kolumnę".
U Sapkowskiego to jest zawsze przemyślana decyzja, podobnie jak wybór odpowiedniego słowa z palety synonimów. Czy jakiś potwór był brzydki, szpetny czy paskudny - pisarz zawsze wie, dlaczego opisał go tak, a nie inaczej.
Dopiero audiobook pozwolił mi tę melodię zdań ocenić w pełni. Co tu dużo gadać, wewnętrzny lektor mojej wyobraźni jest taki jak ja, niestaranny, chaotyczny i zawsze mu się gdzieś śpieszy. Krzysztof Gosztyła natomiast czyta Sapkowskiego tak, żeby wydobyć piękno każdego zdania. Nawet w tych scenach, w których pozornie nic się nie dzieje.
Bo u Sapkowskiego ten stan zawsze jest wyłącznie pozorny. Gdyby się nie działo naprawdę nic, Sapkowski by nam o tym nie pisał. W tych opowiadaniach nie ma "wypełniaczy", nie ma opisów przyrody, które pojawiły się tylko dla zwiększenia objętości tekstu.
To znaczy - opisy przyrody jak najbardziej są, ale nigdy nie są przypadkowe. Uważny czytelnik zauważy w nich jakąś anomalię, jakiś detal, którego znaczenie zrozumiemy dopiero kilka stron dalej. Nieuważnemu czytelnikowi niech to najlepiej przeczyta Gosztyła.
Audiobooki "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia" zrealizowano w stylu przypominającym
złote czasy Teatru Polskiego Radia. Zgromadzono świetną ekipę aktorską - Wojciech Pszoniak występuje w niewielkiej, ale wpadającej w pamięć roli Stregobora. Znawcy cyklu wiedźmińskiego wiedzą, że to dość obrzydliwa postać, ale Pszoniak tak ekspresyjnie odgrywa tę straszną miksturę przymilności i okrucieństwa, wyrafinowania i bestialstwa, że jadowity śluz zaczyna ściekać z głośników.
Na szczęście nie wszyscy czarodzieje są tacy jak Stregobor, są jeszcze tacy jak np. Istredd (Wiktor Zborowski). Z głównym bohaterem łączy go (a właściwie dzieli) rywalizacja o serce pięknej czarodziejki Yennefer. Anna Dereszowska gra ją tak, że głośniki - oczyszczone z wydzielin Stregobora - zaczynają z kolei pachnieć jak Yennefer, "bzem i agrestem".
Oczywiście najtrudniejszą rolę ma Krzysztof Banaszyk jako tytułowy Geralt z Rivii. Z opisów mistrza Sapkowskiego wyłania się obraz tak bogaty, że aż niemal niespójny. Wiedźmin jednocześnie ma nadludzkie możliwości, które pomagają mu walczyć z najstraszliwszymi potworami. Technicznie rzecz biorąc, nie jest już nawet istotą ludzką, jest mutantem wyselekcjonowanym i wyćwiczonym w określonym celu.
Z drugiej strony jest zaskakująco ludzki, nieśmiały wobec kobiet, ale także ogólnie nieporadny w sytuacjach towarzyskich, których nie dałoby się rozstrzygnąć sięgnięciem po miecz. Zapewne dlatego tak dobrze czuje się w towarzystwie wędrownego poety Jaskra (Sławomir Pacek), który z kolei każdą kobietę umie owinąć sobie wokół palca, a z każdej słownej sprzeczki wyjść tak, że oponent jeszcze mu kolację postawi w przeprosinach za to, że kiedykolwiek ośmielił się być innego zdania niż on. Kazimierz Kaczor, Mariusz Benoit, Henryk Talar, Marian Opania, Maria Pakulnis i Dorota Segda też tworzą znakomite kreacje - Sapkowski stworzył bogatą paletę charakterów ludzkich i nieludzkich, przaśnych i wyrafinowanych, szlachetnych i podłych, skromnych i aroganckich.
Dwie pierwsze płyty są adaptacją dwóch pierwszych tomów "Sagi o wiedźminie", zawierających opowiadania drukowane początkowo m.in. w miesięczniku "Fantastyka". Dopiero potem Sapkowski zabrał się do pisania pięciotomowej powieści. Nie mogę się doczekać jej adaptacji na audiobook, bo w warszawskich korkach jakoś raźniej się stoi w towarzystwie wiedźmina. Choć oczywiście najlepiej w towarzystwie Jaskra... DF