Opera barokowa przeżywa renesans popularności, zarówno na scenie, jak i w fonografii. Jeszcze nie tak dawno nie mieliśmy kompletu oper Jerzego Fryderyka Händla na płytach. Dziś już mamy, a niektóre tytuły pojawiają się nawet w kilku wersjach. "Agrippina", która właśnie się ukazała, nie tylko wabi brzmieniem, ale jest też ważnym głosem w dyskusji nad operą XVIII wieku, bowiem René Jacobs, który ją przygotował, to nie tylko dyrygent, ale i muzyczny archeolog.
"Agrippina", dramma per musica w trzech aktach, miała swą premierę w Wenecji w karnawale 1709 roku. Przyjmuje się grudzień, choć wg ostatnich badań dzieło mogło powstać wcześniej, np. w 1706 roku, a później je jedynie wznowiono. Jacobs, wytrawny znawca dawnej opery (niegdyś znakomity śpiewak), bardzo lubi tego rodzaju zagadki: stawia hipotezy, "poprawia" oszczędne barokowe partytury, próbuje dotrzeć do prawdy, choć często przy tym prowokuje. Gdy już do czegoś się zabierze, nie odpuszcza. Do "Agrippiny" zawsze czuł sentyment. - Nigdy nie śpiewałem w "Agrippinie" - mówi "Gazecie" - ale zawsze się nią interesowałem, bo to opera z doskonałym librettem. Pośród blisko 40 oper Händla ma zdecydowanie najlepszy tekst.
Barokowe partytury, które rekonstruuje (ale także i opery Mozarta), bywają uwodząco piękne, ale też kontrowersyjne. Tutaj muzyk osiągnął
złoty środek - stara się przy tym odtworzyć pierwszą wersję opery, która mogła powstać wcześniej, przed wenecką premierą. Największe zmiany przynosi III akt.
- W rękopisie Händla widzimy fragmenty skreślone ręką kompozytora, ale lekko, delikatnie, tak, że można odtworzyć pierwotny zamysł. Okazuje się, że na początku III aktu Händel napisał scenę, duet Ottona i Poppei, który później zamienił na dwie arie. Dlaczego? Bo był młody, poznał znakomitych wykonawców, dla których napisał wirtuozowskie arie, bardziej odpowiadające gustom weneckiej publiczności - komentuje Jacobs.
Odświeżona "Agrippina" brzmi doskonale. Dramaturgiczne zmiany wprowadzone przez Jacobsa nie burzą konstrukcji całości. W warstwie instrumentalnej dyrygent stworzył błyskotkę, bo grająca na historycznych instrumentach Akademia Muzyki Dawnej z Berlina jest jego ulubionym narzędziem. Kłopot mam z niektórymi śpiewakami - zwłaszcza głosy żeńskie pozostawiają niedosyt, bo ani Alexandrina Pendatchanska (Agrypina), ani Sunheae Im (Poppea) nie są śpiewaczkami z mojej bajki. Znacznie lepiej brzmią panowie, zwłaszcza Bejun Mehta (Otton) oraz Marco Fink (Klaudiusz).
Jacobs śledzi także związki "Agrippiny" z wcześniejszymi włoskimi utworami, z których kompozytor czerpał pełnymi garściami - tropi i wskazuje zapożyczenia. To także pasjonująca układanka dla tych, którzy chcieliby wiedzieć więcej. Ale i bez tego jest czego słuchać, bo to - jak powiada dyrygent - niesamowita historia z cyklu "Sex and Crime", wręcz idealna dla współczesnego słuchacza.