Nie wiem, co było pierwsze - "Millennium" czy Gosztyła. Czy kupiłam audiobook z trylogią Larssona dlatego, że w rekordowym jak dla mnie tempie (dwa dni) przeczytałam jej pierwszą część, zakochałam się i wiedziałam, że nie będę miała czasu na dwie kolejne? Czy kupiłam go ze względu na Krzysztofa Gosztyłę, niedoścignionego mistrza w dziedzinie czytania prozy?
"Millennium" to nie jest łatwa literatura do aktorskiej interpretacji. Larsson przywołuje w swoich kryminałach tysiące z pozoru nikomu do niczego niepotrzebnych szczegółów, szwedzkich nazwisk nie-do-wymówienia, lubi dygresje i długie, ciągnące się stronicami/minutami opisy. Bohaterów, z perspektywy których śledzimy toczącą się akcję, jest kilkoro, postaci, które grają w akcji ważną rolę - kilkanaście. Gosztyła dla każdej z nich znalazł inne brzmienie, barwą głosu dopisał im charakter, sam pozostał jednocześnie niesłyszalny. Nie lubię, kiedy aktor stara się zaistnieć w świadomości słuchacza na równi z bohaterami opowieści, którą czyta. Gosztyła też nie lubi. Nie ma na rynku drugiego takiego interpretatora.
A co do "Millennium" - przyjęło się twierdzić, że
Szwecja to kraj dobrych rodziców oraz ludzi pogrążonych w depresji i myślach samobójczych. Szwecja z prozy Larssona zaprzecza tezie pierwszej (patrz: dzieciństwo Lisbeth Salander) i potwierdza tezę drugą (czy w "Millennium" występuje choć jeden szczęśliwy człowiek?). Psychiczna i fizyczna przemoc, dewiacje, skłonności autodestrukcyjne i uzależnienia są tam na porządku dziennym i nocnym. Na szczęście mamy jeszcze statystyki - według raportu Światowej Organizacji Zdrowia Szwecja zajmuje w rankingu samobójstw dopiero 15. miejsce w Europie. Za Ukrainą, Belgią i tuż przed Polską. My też mamy zresztą nadwyżkę depresji w literaturze.