Członków Komitetu Obrony Robotników w broszurach wewnątrzpartyjnych i na partyjnych naradach wszystkich szczebli jednym tchem przedstawiano jako wichrzycieli, siły antysocjalistyczne, syjonistów, zdrajców narodu. Pod but brano zwłaszcza Jacka Kuronia i Adama Michnika, ale Starszym Państwu też nie odpuszczano.
Ich bujne i heroiczne życiorysy musiały być szczególnie irytujące, toteż wytykano im, że "powołują się na dawne zasługi", kiedy przedstawiali się jako legionista Piłsudskiego, uczestnik kampanii wrześniowej, żołnierz AK, jeniec oflagu czy więzień obozów koncentracyjnych. Słowem, partyjni propagandziści chcieli widzieć Starszych Państwa nie jako bohaterów, ale "reakcjonistów", "piewców sanacji", "epigonów endecji" (z rzadka trafiało się bardziej oryginalne sformułowanie, jak "ks. Zieja ziejący nienawiścią do socjalizmu").
"Władze nie decydują się na zamknięcie członków KOR. Boją się wrzasku, jaki rozległby się na Zachodzie" - notował w swoim dzienniku 21 listopada 1976 r., dwa miesiące po powstania Komitetu, Mieczysław F. Rakowski, redaktor naczelny "Polityki".
Rzeczywiście, Gierek, I sekretarz KC partii, nie bardzo mógł sobie pozwolić na lekceważenie "wrzasku" z Zachodu, gdzie
Polska była potężnie zadłużona. Zamiast frontalnej rozprawy z opozycją stosowano więc różne szykany, w tym - jak byśmy dzisiaj powiedzieli - czarny PR. Na naradzie u Stanisława Kani, sekretarza KC PZPR nadzorującego organy bezpieczeństwa, nazwano to wprost "zrywaniem z opozycji szlachetnych szat".
"W poczcie redakcyjnej znalazłem parszywy wierszyk" - pisał dalej Rakowski i przytaczał wielozwrotkowe wierszydło demaskujące "fałszywych przyjaciół robotników":
Ci przyjaciele chcieliby pewnie/ O sprawach ludu pogwarzyć rzewnie/ ( ) W tym im pomogą też różne Icki/ I oczywiście - Józef Rybicki./ ( ) Lecz przydałby się i drugi łajdak/ Taki na przykład Antoni Pajdak./ ( ) A żeby lista była zamkniona,/ należy wspomnieć Ludwika Cohna.SB-cki wierszokleta zrymował to, co na odprawach aparatu partyjnego opowiadano prozą. Że Józef Rybicki, będąc jednym z twórców "reakcyjnej organizacji WiN", odpowiada za "bratobójcze i skrytobójcze mordy na robotnikach i chłopach" i że "nawoływał do konspiracji i walki zbrojnej w każdych warunkach". Że Pajdak "przez całe swoje życie stał po stronie reakcji". Że "wywodzący się z burżuazji żydowskiej" Ludwik Cohn był "bojówkarzem WRN-u".
Ta właśnie trójka Starszych Państwa, która przeszła po wojnie przez stalinowskie więzienia - Rybicki, Pajdak, Cohn - była dla ówczesnej propagandy wyjątkowo wdzięcznym obiektem oczerniania.
Pajdak - jeden z 16Rankiem 28 marca 1945 r. Antoni Pajdak, zastępca delegata Rządu RP na Kraj, wysiada na dworcu w Pruszkowie, by wraz z kilkunastoma innymi przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego udać się na "konferencję" z Rosjanami w celu - jak ich zapewniało dowództwo sowieckiej armii - omówienia legalizacji działających dotychczas w konspiracji partii oraz sytuacji na zapleczu frontu.
Miejsce spotkania, willa przy Pęcickiej 3, okazuje się siedzibą NKWD, a samo spotkanie - pułapką zastawioną przez Sowietów, którym chodziło o wyeliminowanie z życia politycznego ludzi obdarzonych autorytetem i niewygodnych dla podporządkowanych Moskwie władz komunistycznych.
Większość zaproszonych, w tym Pajdak, Sowietom nie dowierzała i brała pod uwagę możliwość aresztowania. Jednak odrzucenie propozycji rozmów równało się oddaniu władzy walkowerem, więc postanowili zaryzykować. Pajdak po latach opowiadał Rybickiemu, że jeszcze w samolocie niektórzy łudzili się, iż lecą na negocjacje z udziałem aliantów i nawet dzielili teki w przyszłym rządzie: "Gadają - streszczał Rybicki opowieść Pajdaka - a po pewnym czasie patrzą i widzą, że samolot leci nie na Zachód, tylko na Wschód".
Uprowadzonych do ZSRR 16 przedstawicieli władz Podziemnej Polski umieszczono w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Po trzech miesiącach śledztwa spreparowany został akt oskarżenia, w którym zarzucono im dywersję na tyłach frontu.
Pajdaka Sowieci z procesu wyłączyli z powodu - jak oświadczył prokurator - choroby (ta wersja powtarzana jest do dziś, mimo że sam Pajdak wielokrotnie ją dementował). Na starannie wyreżyserowany moskiewski proces 16 mieli wstęp korespondenci prasy zagranicznej i zachodni dyplomaci, tymczasem Pajdak został przetransportowany do więzienia we Włodzimierzu i tam w tajnym procesie, który odbył się w jego celi, skazany na pięć lat. W więzieniu - jak czytamy we wspomnieniach jednego ze współoskarżonych - Pajdak "stawiał się i awanturował", więc dołożono mu dodatkowy wyrok i posłano karczować lasy do Kraju Krasnojarskiego.
- Ojciec był człowiekiem twardym, takim, co to nikogo i niczego się nie boi - opowiadała nam Wiesława Pajdak-Śmiechowska. - Nie dopuszczono go do procesu, bo w pewnym momencie śledztwa odmówił dalszych zeznań i zapowiedział, że wygarnie całą prawdę na sali sądowej. Mówiłam mu, że żaden z niego dyplomata, że niepotrzebnie ich przestrzegł, ale on był legalistą. Myślę, że gdyby nie odwilż, ojciec już by do Polski nie wrócił, tylko dokonał życia na Syberii.
W sierpniu 1955 r. Śmiechowska dostała wiadomość, że ojciec wraca. Pojechała z mężem na Dworzec Wschodni na warszawskiej Pradze, gdzie przyjeżdżały pociągi repatriacyjne ze Wschodu i gdzie kłębiły się tłumy czekające na powracających krewnych: - Pamiętam potok ludzi wylewający się z wagonów, mężczyźni od tygodni niegoleni, w łachmanach, połatanych walonkach, tłumoki, walizki, jakaś kura fruwa po peronie. Ludzie wykrzykują nazwiska, imiona, płaczą. Peron pustoszał, stałam z boku, czekałam. Zobaczyliśmy, że jakiś stary człowiek w drelichu też stoi z boku jak my i też się rozgląda, czeka. Podeszłam, spojrzałam do góry, ojciec był ode mnie wyższy, spytałam: "Tata?".
Wyniszczyły go lata więzienia, harówka na zesłaniu i jeszcze rok koczowania w Mińsku w oczekiwaniu na repatriację. Przez te dziesięć lat tylko raz dostał wiadomości od rodziny. Wiesława Śmiechowska, która sama spędziła w stalinowskich więzieniach sześć lat, wysłanie listu do ojca wymusiła głodówką: - Wiedziałam, że taki list z pieczątką cenzury więziennej powie ojcu więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie napisałam w ogóle nic o matce, więc mógł się domyślić, że nie żyje.
Dopiero po powrocie do Polski dowiedział się, że jego żona Janina, aresztowana jesienią 1947 r., wyskoczyła przez okno w czasie przesłuchania w więzieniu na Montelupich w
Krakowie, a córka - zresztą skazana dwukrotnie - swego przyszłego męża, Jerzego Śmiechowskiego, żołnierza NSZ, poznała i poślubiła w więzieniu.
Na pytanie, czy wymieniali się z ojcem więziennymi doświadczeniami, Wiesława Śmiechowska odpowiada: - To się na rozmowy przy obiadku nie nadawało.
I dalej mówi, że ojciec każdemu chciał opowiadać o ZSRR, Katyniu, łagrach: - Kiedyś wsiadłam do pustawego tramwaju, gdzie wokół jakiegoś starszego pana gromadzili się w kółeczku ludzie. Patrzę, a to mój tata robi wykład o tym, jak nieludzki system panuje w ZSRR.
- Udział Antoniego Pajdaka w KOR-ze był symbolicznie niezwykle ważny - mówi nam Adam Michnik. - Miałem jednak wrażenie, że dla niego to już było takie jakby życie po życiu, że on zapatrzony jest w przeszłość.