http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pan udający pana szepcze nerwowo do teczki

Joanna Szczęsna Gazeta Wyborcza
2011-09-23, ostatnia aktualizacja 2011-09-22 16:30

Pisarce Ance Kowalskiej SB obiecywała, że nikt jej nie będzie drukować i że postarają się zatruć jej życie

Anka Kowalska w 2006 roku na jubileuszu KOR
Fot. Albert Zawada / AG
Anka Kowalska w 2006 roku na jubileuszu KOR
ZOBACZ TAKŻE
"Anka przysiadła gardło swojej pieśni i miast lirycznych wierszy pisała teksty prozy życia w PRL-u" - tak Jacek Kuroń w "Winie i wierze" podsumował fakt, że Anka Kowalska, członek Związku Literatów Polskich, autorka trzech tomików wierszy i bestsellerowej powieści o miłości "Pestka" (sześć wydań między 1964 a 1973 rokiem) porzuciła literaturę piękną, by zabrać się za pisanie oraz redagowanie oświadczeń i "Komunikatów" Komitetu Obrony Robotników.

Oto jak opisuje Kowalska swoją „twórczość” z tamtego czasu: „Podczas zebrań komisji [redakcyjnej KOR] ustalaliśmy wspólnie treść oświadczenia czy innego incydentalnego dokumentu. Wśród latających nad okrągłym stołem Anieli Steinsbergowej [prawnik, członkini KOR-u] pomysłów, uzasadnień, sformułowań, podpowiedzi, protestów, kłótni i negocjacji powstawał wreszcie dziwotwór aprobowany przez wszystkich. Z nim szłam najczęściej do domu, gdzie go obskubywałam z różnych »zaistniałych sytuacji «, »sytuacji gdzie «, »w międzyczasie podczas gdy «, »w miejscowości miały miejsce «, »w dniu 5 marca «, »w miesiącu listopadzie «, brutalnie ściągałam skórę na mięsie tekstu poszarpaną wskutek skubania i grubą okrętką obrębiałam sterczące zewsząd rzęchy".

Czy decydując się wstąpić do KOR-u, Anka Kowalska wiedziała, że jest to faktycznie decyzja o rozstaniu się z literaturą? Nie wiem. Wiem, że uprzedzali ją o tym funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa ("gwarantowali mi nieskrępowany rozwój twórczych możliwości i zasłużone sukcesy, jeśli rzucę KOR, a utratę i rozwoju, i kariery, jeśli nie rzucę"), ale prawdę mówiąc, co innego mieli na myśli.

Obiecywali po prostu, że jej nazwisko jako pisarki zostanie wymazane, że odtąd nikt jej nie będzie drukować, że nie ma co liczyć na wznowienia, a do tego oni już postarają się zatruć jej życie (faktycznie, "Pestkę" przestano wznawiać i dopiero w wolnej Polsce doczekała się kolejnych pięciu wydań. Prawdziwą miarę swego sukcesu Kowalska poznała, gdy internowano ją w stanie wojennym i okazało się, że "Pestka" ma takie wzięcie, iż więzienna biblioteka wypożycza ją wyłącznie klawiszom).

Prawdziwa przyczyna, dla której Anka Kowalska złamała pióro, raczej jednak nie miała nic wspólnego z "obietnicami" panów z SB. Przestała pisać, bo KOR tak bardzo rozpanoszył się w jej życiu (wyjazdy do Radomia na procesy uczestników wydarzeń czerwcowych, przepisywanie na maszynie bibuły, niekończące się zebrania, zbieranie podpisów pod listami protestacyjnymi do władz, praca nad kartoteką represji - to zaledwie część jej aktywności), że na nic innego poza snem i etatowymi obowiązkami nie wystarczało jej ni czasu, ni siły.

Kiedy zaś skończył się KOR, uznała - sama to mówiła - że do pisarskiego zawodu powrotu dla niej nie ma, że wyczerpało się jej powołanie, a wkręcona w maszynę do pisania biała kartka papieru po prostu ją przeraża.

Skąd zatem wzięła się ta książka? Blisko trzysta stron, które łyknęłam jednym haustem, na przemian zachwycając się, wzruszając, śmiejąc? Ano stąd, że mimo wszelkich zaklęć i zapewnień Kowalska nie potrafiła przestać być pisarką. A też z uporu przyjaciół, którzy jeszcze w latach 80. powtarzali, że musi opisać czasy KOR-u, że nikt tego nie zrobi lepiej niż ona. Te kilka tekstów, które wtedy wydarto jej z gardła i opublikowano w paryskiej "Kulturze" i "Zeszytach Historycznych", to główny korpus tomu.

Zebrane razem, uzupełnione o trzy reportaże wydrukowane w latach 70. w wychodzącym w II obiegu "Biuletynie Informacyjnym", dwa maszynopisy znalezione w papierach pośmiertnych (Kowalska zmarła w roku 2008), a też różne drobiazgi, jak odpowiedź na ankietę czy przemówienie na zjeździe ZLP - składają się na książkę niezwykłą. Ujawnia się w niej prawdziwy pisarski pazur autorki i bije prawdziwy puls tamtych czasów. Choć złożona z okruchów, nie sprawia wrażenia składanki czy antologii, przeciwnie: układa się w artystyczny patchwork.

Jeden z tych niepublikowanych wcześniej tekstów to relacja z kilkunastu pełnych dramatyzmu tygodni, jakie upłynęły między zamordowaniem krakowskiego współpracownika KOR-u Stanisława Pyjasa i aresztowaniem jedenastu członków i współpracowników KOR-u, a amnestią, która otworzyła im bramy więzień. Kowalska zatytułowała go "Dokumenty nic o tym nie mówią". To mogłoby być motto do całej książki. Tak, tego, o czym pisze Kowalska, nie znajdziemy ani w opracowaniach historycznych, ani w materiałach IPN-u, ani nawet w dokumentach KOR-u. To obraz niezwykłych czasów utrwalony niczym na filmowej kliszy przez utalentowanego operatora, zapis opozycyjnej codzienności w scenach, obrazach, dialogach, anegdotach,

Portrety przyjaciół i współpracowników - Gajki i Jacka Kuroniów, Jana Józefa Lipskiego, Józefa Rybickiego, Edwarda Lipińskiego - piękne, czułe, prawdziwe.

Reportaże z sali sądowych - niezrównane.

Opisy rewizji, przesłuchań, konspirowania - bez cienia kombatanckiego zadęcia.

Zapis osobistych emocji - żarliwy i przejmujący.

Narracja - brawurowa. Patos miesza się z ironią, groza z poczuciem humoru, bystra obserwacja i dbałość o detal z refleksją wysokiej próby.

Dla historyków opozycji demokratycznej - rzecz bezcenna, dla czytelników - frajda.

Pamiętam, z jakim zachwytem czytałam przed laty czeską antologię opowiadań "Bez nienawiści" wydaną w podziemiu czy "Praski sennik" Ludwika Vaculika opublikowany w "Zeszytach Literackich". Że też Czesi potrafią przekuć swoje opozycyjne doświadczenia w literaturę - myślałam z zazdrością. My też potrafimy, to znaczy Anka Kowalska potrafiła.

Przy okazji, coś do dziennikarskiego ogródka. Kowalska opisuje zażarte dyskusje o sformułowania w komisji redakcyjnej „Komunikatu” KOR-u. Co to znaczy „ciężko pobito” i czy nie wystarczyłoby samo „pobito", „wykręcono rękę” czy tylko „złapano za rękę": „Byliśmy dalecy od egzageracji na własny temat ( ) Wykłócaliśmy się o sformułowania: co ostatecznie komuś zapowiedziało SB, że »zginie tragicznie «, czy tylko, że już go »matka więcej nie zobaczy «".

Jeden z moich ulubionych pisarzy, Albert Cohen, autor czterotomowej sagi o Solalach (na polski przetłumaczono dotąd trzy tomy) w czasie wojny ewakuował się z Europy do Wielkiej Brytanii, gdzie pracował jako prawnik w międzynarodowym komitecie ds. uchodźców. Otóż ten fantastyczny pisarz, zwany szwajcarskim Proustem, upierał się, że jego "najpiękniejszą książką" jest 32-stronicowe opracowanie będące podstawą do wydawania dokumentu podróży, dzięki któremu setki tysięcy tzw. dipisów (displaced persons) mogło się poruszać po powojennej Europie. Nie czytałam tego dokumentu, ale zaryzykuję twierdzenie, że nie ze względu na walory stylu Cohen tak był z niego dumny.

Kowalska wiele zjadliwych uwag poświęca miejsca w swych wspomnieniach stylowi korowskich "Komunikatów" (bodaj to ona właśnie wymyśliła dla niego nazwę "korkowiec"). Czytałam je całkiem niedawno (prawda, nie dla przyjemności, ale z zawodowego obowiązku) i odczuwam potrzebę, by powiedzieć Ci Anko, że z nich też możesz być dumna.

"Folklor naszych czasów" pięknie dopełniają: opowieść "Moje korzenie" (nagrana dla Programu 2 PR) o rodzinie i czasach przedkorowskich, dwa wywiady z lat 90. oraz tomik wydanych w podziemiu wierszy. Pisane w czasach KOR-u dowodzą, że codzienne obcowanie z "korkowcem" nie zabiło w niej poetki.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':