- Ale nie ma co o tym marzyć. Szkoła jako instytucja jest - niestety - niezbędna. Choćby dlatego, że ktoś musi się opiekować dziećmi, kiedy rodzice pracują. Ktoś kiedyś tak ustawił system, że dziś nie sposób to odkręcić - mówi Mark Prensky, twórca edukacyjnych gier komputerowych.
Fot. Marc Prensky Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported
Aleksandra Pezda: Nauczyciele narzekają: "Dzieci nie chcą się uczyć". Co robić?
Marc Prensky: Szkoła musi uganiać się za uczniami, bo nie potrafi ich tak zaciekawić, żeby to one się za nią uganiały. To rozpaczliwe, że nauczyciele błagają dzieci: "No, chodźcie, uczcie się...", a one na to: "Nieeeeeee.....". Dlaczego tak się dzieje? Bo dzieci po prostu nie widzą celu tej całej edukacji.
Wywrócić system edukacji do góry nogami? Wyrzucić program nauczania? Zgodzić się na dyktaturę nastolatków? Może w ogóle szkołę zlikwidować?
- Byłoby super, ale nie ma co o tym marzyć. Szkoła jako instytucja jest - niestety - niezbędna. Choćby dlatego, że ktoś musi się opiekować dziećmi, kiedy rodzice pracują. Koniec - ktoś kiedyś tak ustawił system, że dziś nie sposób to odkręcić.
Szkoła musi mieć widoczny związek z życiem, z codziennymi sprawami. Nazywam to "urealnieniem" edukacji. Koniec z nauką dodawania, dzielenia, ułamków w sposób abstrakcyjny - pokażmy ich przydatność! Żeby zreformować szkolnictwo, nie trzeba zmieniać programu. Należy spowodować, by nauczyciele skupili się nie na wciskaniu uczniom faktów, ale na rozwiązywaniu z nimi problemów. Uczniowie sami znajdą związek między tym, czego się uczą, a rzeczywistością, o ile im na to pozwolimy.
Zamiast uczyć dzielenia 1456 przez 759, nauczmy, dlaczego i po co. Samo działanie matematyczne komputery, kalkulatory wykonają znacznie szybciej niż my i rzadziej popełnią błąd. Czy dorośli liczą na palcach, na kartkach? Nie, używają kalkulatorów. Dzieci patrzą na to i się dziwią: "A dlaczego nam nie wolno?"
Przecież w ten sposób ze szkół wypuścimy analfabetów!
- Nie! Oni będą piśmienni. Tylko inaczej. Przeciętnemu Amerykaninowi wystarczy wiedzieć, że w Ameryce najpierw były plemiona, potem przyjechali Europejczycy i wybili część tubylców, założyli interesującą strukturę państwowości, potem była wojna domowa i już. Tyle wystarczy.
Pan żartuje. Przecież bez znajomości faktów nie można prześledzić procesów. A jak tu nauczyć kogoś myśleć, skoro nie ma żadnej podstawy, do której mógłby się odwołać?
- Żeby myśleć, dyskutować, potrzebujemy mniej faktów, niż się nam teraz wciska. Nie chodzi o to, żeby dziecko poznało w szkole odpowiedzi na wszystkie pytania. Ważniejsze, żeby skłonić je do zadawania tych pytań. Młodzi dzisiaj nie potrzebują wszystkiego pamiętać, bo dowolne odpowiedzi mają pod ręką - w internecie. Po co komu długie teksty? Długie historie powinno się skrócić dawno temu!
"Odyseję" też? Niech się Odyseusz tyle nie włóczy, tylko wraca szybciej do domu?
- Nikt od dawna nie czyta "Odysei" w całości, ty na pewno też nie czytałaś całej. Moi ulubieni "Nędznicy" Wiktora Hugo też by nie zbiednieli, gdyby ich trochę przyciąć. Skąd się wzięły te długaśne, fabularne historie? To był jedyny sposób, by ludzie zapamiętywali płynące z nich morały. Czy naprawdę dziś potrzebujesz fabuły, skoro morały są w sieci i nie trzeba ich pamiętać?
Nadszedł czas puenty!
Fascynująca obrazoburcza rozmowa w całości w sobotnim Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej". Zapraszamy do kiosków.