Zunifikowana teoria pola, spajająca osobowość Jobsa z jego produktami, bierze początek w najbardziej rzucającej się w oczy cesze: zaangażowaniu. Było to widoczne już w liceum. Rozpoczął już wtedy trwające przez całe jego życie eksperymenty z kompulsywnymi dietami - opartymi zazwyczaj wyłącznie na owocach i warzywach - które sprawiły, że był szczupły i giętki jak trzcina. Nauczył się patrzeć na ludzi bez mrugania i udoskonalił technikę przeciągłego milczenia, przerywanego seriami szybko wyrzucanych słów.
Takie zaangażowanie sprzyjało czarno-białemu spojrzeniu na świat. Koledzy Jobsa nazywali to dychotomią bohater/debil. Stawało się albo jednym, albo drugim, czasami tego samego dnia. To samo odnosiło się do produktów, pomysłów, czy nawet jedzenia: czasami coś było albo "najlepszą rzeczą na świecie", albo zupełnie do niczego. W rezultacie każda rzekoma wada mogła spowodować awanturę. Wykończenie kawałka metalu, krzywizna łebka śrubki, odcień niebieskiego na pudełku, intuicyjność ekranu nawigacyjnego - Jobs oznajmiał, że są "zupełnie do dupy", do chwili, kiedy nagle stwierdzał, że są "absolutnie doskonałe". Potrafił skosztować dwóch awokado, których większość śmiertelników nie była w stanie odróżnić, i oznajmiał, że jedno z nich to najlepsze awokado, jakie kiedykolwiek wyhodował człowiek, a drugie jest totalnie niezjadliwe.
W nowym Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej", w kioskach już w sobotę, przeczytasz też m. in.:
- Adam Michnik o swoim przyjacielu Vaclavie Havlu (''To albatros'') ;
- O życiu z dwoma ojcami - radzieckim oficerem i niemieckim szeregowcem - opowiada Edward Linde-Lubaszenko ("Co z pana za Lubaszenko?") ;
- Miałabym kaca, gdyby wygrali ludzie, których nie chcę u władzy. Starców złośliwych i cynicznych - mówi Marek Kondrat ("Polska mnie nie boli, ale...")
Ocena:
35 głosów

Skaczemy bliżej. Biegamy wolniej. A w zwisie jesteśmy dwa razy gorsi niż w PRL-u
