http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nike 2011 dla Mariana Pilota

Dorota Wodecka
2011-10-02, ostatnia aktualizacja 2011-10-02 19:47

Gdyby nie dziadek, gdyby nie matka i gdyby nie dwie lewe ręce, Marian Pilot zostałby jak nic pastuchem albo ślusarzem. Dorota Wodecka o laureacie tegorocznej Nagrody Literackiej Nike 2011

Marian Pilot (zdjęcie z rozdania Nagród Nike, 2 października 2011)
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Marian Pilot (zdjęcie z rozdania Nagród Nike, 2 października 2011)
SERWISY
Dziadek przed wojną sołtysował we wsi Siedlików koło Ostrzeszowa. Ale zanim zaczął posypywać pisarskim piaskiem atramentowe dokumenty, wyjechał do Chin tłumić powstanie bokserów.

Po powrocie spisał po niemiecku swoje wspomnienia, co - jak wierzy jego wnuk - było genetycznym przyczynkiem do wnukowych fascynacji literackich. Do tego dziadkowa biblioteka z "Ogniem i mieczem" i dwa zielone pióra marki Pelikan zostawione przez dziadka w spadku, którymi wprawdzie Marian się długo nie napisał, ale które zapisały się w literaturze. Wszak bohater "Pióropusza" swe pisarstwo pelikanem uprawia.

Matka zaparła się, by pióra jej ojca służyły synowi w liceum i gdyby nie ten jej upór, prawdopodobnie pasłby krowy na siedlikowskich rowach i polach. Tak zresztą przewidywał matki brat, studząc jej radość z okazji narodzin syna: Czego się, głupia, cieszysz, żeś jeszcze jednego pastucha urodziła.

Ojciec dla odmiany widział syna ślusarzem. Ale u ostrzeszowskiego majstra, do którego go zaprowadził, smród metalu, zwały żelastwa, imadła i śruby sprawiły, że Marian momentalnie stracił zainteresowanie wszelką techniką. I po dziś dzień dwa na trzy gwoździe wychodzą z jego rąk krzywe.

Matkę poparł przed ojcem kierownik siedlikowskiej szkoły i dzięki jego perswazjom Marian poszedł do liceum w Ostrzeszowie. Nie licząc Pilota, na dalsze nauki do miastowej szkoły wybrało się ze wsi troje dzieci. W siedemsetletniej historii Siedlikowa było to wydarzenie niebywałe.

- Każdy z nas musiał przezwyciężyć opór rodziców, którzy te nauki uważali za fanaberie, stratę pieniędzy i podstęp władzy, która nas kaptuje, by przerobić na komunistów i bezbożników. Gdybym został na gospodarce albo poszedł na ucznia do ślusarza, pożytek byłby ze mnie natychmiastowy. No i pewność, że komuniści mnie nie zbakierują - wspomina Pilot.

Propagandzie wierzyłem, ale wycofałem się do biblioteki

Zbakierowali. W liceum obowiązkowa przynależność do ZMP mimo sprzeciwu ojca, by wstępować do czegokolwiek. Bo chłop prędzej krowę odda niż się podpisze. A z podpisywania same nieszczęścia mogą wyniknąć, co znowu wraca motywem w "Pióropuszu".

Jednak nie licząc obowiązkowej przynależności, Marian był wdzięczny władzy ludowej. W wywiadzie dla "Ostrzeszowskiej Kroniki Regionalnej" mówi: "Z tradycji rodzinnej byliśmy nieufni wobec nowego ustroju, ale trudno odeprzeć argument, że to on odmienił nasz los. I że ZMP czy komitet partyjny bronią nas przed własnymi rodzicami, którzy ponawiają próby, przenośnie mówiąc, przeniesienia nas do warsztatu ślusarskiego".

Po liceum, w 1953 roku, dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Mimo miłości do literatury filologia polska nie wchodziła w rachubę, bo samo tylko czytanie książek wydawało się nudne. O studiach powie: "Sam nie wiedziałem, gdzie trafiłem, a to była szkoła dla propagandystów. Pakowano nam do głowy marksizm-leninizm, z akcentem na leninizm, a raczej stalinizm. Walka klasowa narasta, obóz pokoju i socjalizmu jest zagrożony, wróg nie śpi, Związek Radziecki na straży pokoju, imperializm atakuje Ja w to wszystko jakoś wierzyłem, tyle że mnie nudziło, bo te hasła były takie suche, blaszane, nie sposób było za nimi dostrzec jakichś żywych treści. Wycofałem się na z góry upatrzone pozycje, to znaczy do biblioteki".

Już jako student pisze kilka reportaży interwencyjnych z terenu do filii "Gazety Poznańskiej". O tym, że w dzień nie wygaszają latarni, albo że kobiety pracujące w cegielni nie dostają na zmianie wody do picia.

W 1957 roku broni się pracą magisterską poświęconą Brunonowi Jasieńskiemu. Czyta eseje o kulturze ludowej Stanisława Czernika. Próbuje pisać. I okazuje się, że nie potrafi o niczym innym, jak tylko o wsi.

Trzeba było czuć odrazę i wstyd, żeby mieć siłę do ucieczki

W 1962 roku ukazuje się jego pierwszy zbiór opowiadań pt. "Panny szczerbate". Od dnia swego prozatorskiego debiutu konsekwentnie współtworzy w polskiej literaturze tzw. nurt chłopski. A przecież na studiach wstydzi się swojej wiejskości. Tej "ciemnoty, głupoty, gnoju i gnojówki, beznadziejnej biedy i beznadziejnej roboty". Czuje odrazę i obrzydzenie do miejsca, z którego uciekał.

- Ale tak trzeba było czuć, tak widzieć, żeby mieć siłę, odwagę i wolę wydostania się stamtąd. Powrót - myślę o powrocie duchowym, o procesie przewartościowania, o zmianie punktu widzenia, rewizji ukształtowanych już poglądów i przekonań - trwał długie lata i związany był z moimi poczynaniami literackimi - wyznaje w jednej z rozmów.

I dodaje: Bo to nie jest tak, że można pisać, co się chce. Ktoś, kto ma opanowaną technikę pisania, może wydawać co roku całkiem zgrabną powieść. Literatura prawdziwa, literatura istotna, wymaga o wiele więcej niż sprawności w prowadzeniu fabuły czy umiejętności rymowania. Wymaga całkowitego zaangażowania umysłu i serca. I odwoływania się do najgłębszych, najistotniejszych wrażeń i doznań. Do rzeczywistości pierwszej, najintensywniej i najszczerzej przeżywanej. Do dzieciństwa.

Moja książka wsi nie ogrania

"Pióropusz" jest również powrotem do Siedlikowa. Do dziadkowego pelikana, pierwszego nauczyciela, gwary rdzennych wieśniaków i przybyłych po wojnie wschodniaków. Do pierwszych bitek z kolegami (zwanych jajorką) i pierwszych politycznych agitacji. Nie są to jednak sentymentalne pamiętnikarskie wspominki, tylko wnikliwy opis powojennej wiejskiej rzeczywistości.

- A ta była wręcz niewiarygodnie skomplikowana, dynamiczna, przemieszczały się ze wschodu na zachód ogromne masy ludzkie, z Niemiec wracali przymusowi robotnicy, dobra ćwierć Siedlikowa - nasi rodzimi Niemcy równocześnie przymusowo wyjeżdżali do Vaterlandu, powstawały i ginęły partie polityczne, czuło się coraz cięższą rękę nowej władzy, która jednym przynosiła szczęście, innym nieszczęście, jeśli nawet nie coś straszniejszego. Moja książka jest w tę rzeczywistość wpisana, ale, rzecz naturalna, jej nie ogarnia, choć, pochlebiam sobie, w jakiejś mierze odzwierciedla to kłębowisko konfliktów, których sceną była wieś na dawnym polsko-niemieckim pograniczu - mówi Pilot.

W ślady ojca poszła jedna z jego dwóch córek, Marianna (z drugiego imienia), która opublikowała książkę o swoim zasiedlaniu się w Toskanii.

O przyszłości dwóch wnuczek ich dziadek na razie nie rozmyśla. Bardziej dziwi się, że ta najmłodsza wychowuje się bez dydolika.

Dydolik to smoczek, jedno z uratowanych przed zapomnieniem starych siedlikowskich słów. W poczuciu misji ich zapisywania laureat Nike wydał kilka tygodni temu "Słownik dawnej gwary Siedlikowa". Po to również, by ci, co się dziś spotykają w Siedlikowie nad grobami, potrafili dogadać się z tymi, co w nich leżą.

"Przylgnąłem jakoś w życiu do cmentarzy. W Warszawie mieszkałem długo na Rakowcu, obok cmentarza żołnierzy radzieckich, teraz na Targówku obok cmentarza chrześcijańskiego i żydowskiego. Nie narzekam na to sąsiedztwo". Rozmowa z Marianem Pilotem w najbliższy czwartek w "Dużym Formacie"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    39 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':