Dwaj wielcy piłkarze próbują pomóc Wybrzeżu Kości Słoniowej i Liberii podnieść się z wojennych zgliszczy. W tej pierwszej Didier Drogba zasiada w Komisji Prawdy mającej pojednać niedawnych wrogów, w tej drugiej George Weah ubiega się o stanowisko wiceprezydenta
George Weah grał na najwspanialszych stadionach i w najlepszych drużynach...
Na Wybrzeżu Komisja Prawdy powstała, by dokonać rozrachunku ze zbrodniami popełnionymi podczas trwającej ponad dziesięć lat wojny domowej, a szczególnie jej ostatnimi miesiącami. Po przegranej w wyborach w listopadzie 2010 r. prezydent Laurent Gbagbo zdecydował, że prędzej puści z dymem kraj, niż odda władzę Allasanie Ouattarze.
Zanim Gbagbo został w kwietniu obalony, tylko w powyborczych walkach zginęło ponad 3 tys. ludzi, a milion straciło dach nad głową. Tysiące zginęły wcześniej na wojnie, która na przełomie wieków wybuchła między rządzącymi chrześcijanami z południa kraju i muzułmanami z północy. Konflikt doprowadził do faktycznego rozpadu kraju na dwie części, a także interwencji wojsk pokojowych ONZ i francuskich komandosów.
Przejmując wiosną władzę, wywodzący się z północy Ouattara obiecywał, że uczyni wszystko, by pojednać się z południem, z którego pochodzi Gbagbo. Z zadaniem tym ma właśnie zmierzyć się Komisja Prawdy, która przez dwa lata ma zbadać najgorsze mordy, wysłuchać zbrodniarzy, ułaskawić ich bądź ukarać, zadośćuczynić rodzinom ofiar.
Przewodniczącym komisji został cieszący się powszechnym szacunkiem bankier i były premier Charles Konan Banny wywodzący się z południa. Jego zastępcami będą muzułmanin i chrześcijanin, a jednym z 11 członków Drogba, który ma reprezentować diasporę.
- Wiem, że to nie będzie łatwe, ale wierzę, że za kilka lat ludzie z południa i z północy będą potrafili usiąść ze sobą, wybaczyć i prosić o przebaczenie - powiedział BBC piłkarz. - To był wspaniały kraj i kiedyś chcę tu wrócić. Chcę, by moje dzieci były w nim szczęśliwe jak ja.
Błagali o pokój
Liczący dziś 33 lata i będący u schyłku wspaniałej kariery Drogba pochodzi z południa kraju - z tego samego ludu co Gbagbo. Miał pięć lat, kiedy matka zabrała jego oraz dwóch braci z Abidżanu i wyjechała do Francji. W Afryce pozostał ojciec piłkarza.
W Europie Didier wyrósł na jednego z najwspanialszych graczy, jakich wydała Afryka. Grając w Olympique Marsylia i londyńskiej Chelsea, zdobył uznanie, sławę i majątek. Podziw i uwielbienie swoich rodaków zdobył jednak nie tylko wspaniałą grą, ale również życiową postawą.
Był nie tylko kapitanem drużyny, jej najlepszym graczem i strzelcem, ale prawdziwym przywódcą, pod wodzą którego reprezentacja Wybrzeża Kości Słoniowej zaczęła odnosić sukcesy. Najlepszy czas piłkarskiej drużyny "Słoni" przypadł nie na okres pokoju i dostatku, jakimi długo cieszył się kraj znany z produkcji kakao, lecz na najmroczniejsze lata wojny domowej.
Po raz pierwszy w historii drużyna Wybrzeża zakwalifikowała się na mistrzostwa świata w 2006 r. w Niemczech, zagrała też cztery lata później w RPA. Pięć lat temu wywalczyła wicemistrzostwo Afryki, a świat zachwycał się kunsztem Drogby, Didiera Zokory czy Salomona Kalou. Na czas meczów rodacy w kraju przerywali spory i walki, bo piłkarze byli jedynym, co łączyło rozdarty wojną kraj.
Do historii przeszedł mecz z 2005 r., który przesądził o awansie "Słoni" do mistrzostw świata w Niemczech. Po zakończeniu spotkania, zamiast cieszyć się z sukcesu, piłkarze pod wodzą Drogby uklękli na środku boiska, błagając, by przywódcy wrogich sobie południa i północy przerwali walki. Tydzień później na Wybrzeżu rzeczywiście podpisano rozejm.
Polityka mnie nie interesuje
Choć Drogba spędza w kraju najwyżej kilka tygodni w roku, uważany jest za bohatera narodowego. Plakaty z jego wizerunkiem można spotkać na całym Wybrzeżu, a on sam z własnej kieszeni łoży na szkoły i szpitale.
Kupił ziemię na przedmieściu Yopougon w Abidżanie, gdzie się wychował, i buduje tam nowoczesny szpital. Zrobiwszy w Europie kursy z finansów i zarządzania, sam nadzoruje budowy, a także działalność pozakładanych przez siebie fundacji. Jest też ambasadorem dobrej woli ONZ w kampanii przeciwko epidemii AIDS.
Pozostał bezstronny w politycznym konflikcie, który przerodził się w wojnę domową. Nie zabierał publicznie głosu, ale w wywiadzie dla gazety "Sunday Telegraph" przyznał, że kiedy po listopadowych wyborach prezydenckich wybuchła uliczna wojna w Abidżanie, dzwonił i do Gbagbo, i do Ouattary, wzywając ich do opamiętania.
Bez namysłu zgodził się uczestniczyć w pracach Komisji Prawdy, choć grając w piłkę w Anglii, nie będzie mógł brać udziału w posiedzeniach, a stenogramy z przesłuchań będzie czytał w Londynie. - Nie mogłem odmówić. W całym kraju nie ma rodziny, która nie straciłaby na wojnie bliskich - tłumaczy Drogba. Kilkunastu krewnych stracił też piłkarz.
Zakochani w zawodniku rodacy od dawna widzą w nim przyszłego prezydenta kraju. Drogba zapowiada jednak, że po zakończeniu sportowej kariery nie zamierza zajmować się polityką. - To nie dla mnie - odpowiada nagabywany, czy pójdzie śladami innego wielkiego piłkarza George'a Weaha z sąsiedniej Liberii, który już raz ubiegał się o stanowisko prezydenta.
Dyplom na Florydzie
45-letni Weah uważany jest za najlepszego piłkarza w historii Afryki, w 1995 r. został nawet wybrany na najlepszego futbolistę świata. Robił karierę i zbijał fortunę jako piłkarz m.in. Paris Saint-Germain i AC Milan, gdy w jego kraju toczyła się jedna z najbardziej barbarzyńskich wojen współczesności. Przerwana na dobre dopiero w 2003 r., pochłonęła ćwierć miliona ofiar.
Podobnie jak Drogba, grając w piłkę w Europie, Weah nie skąpił pomocy dla rodaków w kraju. A kiedy dzięki międzynarodowej interwencji walki ustały i w 2005 r. ogłoszono wybory prezydenckie, piłkarz stanął do nich, wierząc, że w polityce okaże się tak samo skuteczny jak na boisku.
Jak na pozbawionego doświadczenia nowicjusza powiodło mu się znakomicie. Przegrał co prawda - choć dopiero w drugiej rundzie - z faworytką elekcji Ellen Johnson Sirleaf, która jako pierwsza kobieta w Afryce stanęła na czele państwa, ale zdobył poparcie prawie jednej trzeciej rodaków.
Wyciągając nauczkę z wyniszczającej kampanii, w czasie której jego przeciwnicy zarzucali mu brak wykształcenia, po wyborczej przegranej Weah wyjechał na Florydę, gdzie zrobił maturę i zapisał się na jeden z uniwersytetów w Miami.
Liczył, że w zapowiedzianych na październik wyborach będzie miał okazję do rewanżu, tym bardziej że wychwalana na Zachodzie 72-letnia Johnson Sirleaf w samej Liberii nie cieszy się już taką popularnością. Jej prezydentura rozczarowała. Nie poskromiła korupcji ani nepotyzmu, a przede wszystkim nie dotrzymała złożonej sześć lat temu obietnicy, że nie będzie ubiegać się o reelekcję.
Nie trzasnął drzwiami
Johnson Sirleaf wciąż uważana jest za faworytkę wyborów, ale nie zmierzy się w nich z Weahem. Jego własna partia - Kongres na rzecz Demokratycznej Zmiany - uznała, że lepszym od niego kandydatem w wyborach będzie wykształcony na Harvardzie adwokat i ekonomista Winston Tubman, były dyplomata i minister sprawiedliwości.
W 2005 r. Tubman był jednym z rywali Weaha i były piłkarz zdobył od niego trzy razy więcej głosów. Sześć lat w polityce nauczyło Weaha cierpliwości i pokory. Nie obraził się ani nie trzasnął drzwiami. Przeciwnie, udzielił poparcia Tubmanowi, ten zaś zaoferował piłkarzowi, by został jego kandydatem na wiceprezydenta. Weah zgodził się, licząc, że przyjdzie jeszcze dzień, gdy w polityce zatriumfuje tak jak kiedyś w sporcie.