Tę książkę obwołano finałową częścią nowej polskiej trylogii. Rzeczywiście, trzy ostatnie eseje Rymkiewicza układają się w cykl.
W "Wieszaniu" z charakterystyczną dla swej eseistyki precyzją odtwarzał okoliczności samosądów na agentach i zdrajcach (prawdziwych i mniemanych) w czasie insurekcji kościuszkowskiej. "Kinderszenen" to z kolei opowieść snuta wokół Powstania Warszawskiego, o wielkiej ofierze, choć Rymkiewicz powiedziałby raczej: rzezi, dość krwawej, by z tej krwi czerpały siłę kolejne pokolenia Polaków.
Trzecia część trylogii wydana została już po katastrofie smoleńskiej. I po słynnej poetyckiej reakcji na nią Rymkiewicza, który wyznaczył, kto w Polsce jest jeszcze Polakiem, a kto zdrajcą. Jednak jego "Samuel Zborowski" nie nadaje się specjalnie do publicystycznej obróbki, chyba że chciałoby się zmienić historię XVI-wiecznego banity, ściętego na rozkaz kanclerza Zamoyskiego, w karykaturę.
Samuel Zborowski był przez historyków traktowany zwykle jako figura polskiej anarchii - sam siebie własną porywczością skazał na banicję, a potem z niejasnych do końca powodów (mogło chodzić o planowany zamach na króla) został pojmany i ścięty mieczem pod Wawelem. Rewizji tej postaci dokonał Juliusz Słowacki w swoim dramacie o Zborowskim, jednym z najbardziej niezwykłych w dziejach polskiej literatury. Tam anarchista Zborowski staje się symbolem polskiej twórczej wolności, zaś Jan Zamoyski - figurą martwego prawa. Obydwaj stają przed sądem Chrystusa, jednak wyrok wskazujący, który z nich ma rację, która z postaw jest dla Polski i Polaków lepsza - nie pada. Choć, rzecz jasna, sympatia poety była po stronie Samuela. Polacy w jego wizji są oczywiście narodem wybranym, choć dopiero trzeba obudzić "wielkie duchowe moce" w nich śpiące. Sposobem zaś na ich przebudzenie jest "przepisanie" historii w nowym duchu, po to choćby, żeby dowartościować takie postaci jak Zborowski, bo w nim ujawniła się owa wielka duchowa moc Polaków. Dowodem, że Polacy nie zrozumieli, co z tą mocą począć, jest to, że go ścięli. Ale kiedyś w końcu zrozumieją (Słowacki już rozumiał), że naród polski "po Chrystusie spróbował być wyobrazicielem Słowa Bożego na ziemi". Innymi słowy, to Polacy mają połączyć historię z wiecznością. Szablami i męką naraz - podbić Słoneczną Jeruzalem.
Rymkiewicz podąża drogą wytyczoną przez Słowackiego. Napisał książkę, która jest jego snem o Polsce, choć starał się dowieść realności tej fantazji. Dlatego sam wziął na siebie rolę jednej z postaci dramatu Słowackiego, rolę wieloznacznego, lucyferycznego adwokata Samuela. Staje nad trumną ściętego banity i zanurza chustę w jego krwi, by stać się niejako stróżem jego pamięci i obrońcą historycznych racji. Rymkiewicz zapiera się przy tym: tak było naprawdę. "To ja jestem tym człowiekiem z chustką, to jest mój czarny aksamitny żupan, to jest moja chustka, to jest, tam nad jego trumną, moja łysa głowa".
Rymkiewicz nie do końca jednak się ze Słowackim zgadza. Nie ma w jego wizji żadnej Słonecznej Jeruzalem. Nie ma nic poza światem, w którym żyjemy. Jedyne, co Polacy mają do zrobienia, to w tym świecie wieść "życie polskie", a więc wolniej lub szybciej chwalebnie umierać. Albo zabijać, bo "było to zajęcie uprawnione w tym samym stopniu co spanie pod lipą czy skakanie przez ogień w noc sobótkową".
Zdaniem Rymkiewicza trzeba odrzucić złudną wizję postępu, bo to groźne XIX-wieczne złudzenia. Trzeba uważać, by nie zapaść się w jałowość jakiejś posthistorii równie groźnej dla wolności jak despotyzm. Dlatego trzeba wyrwać Samuela eschatologii a la Słowacki. Musi on pozostać figurą absolutnej, nieliczącej się z niczym i przez to pięknej wolności. Im bardziej dzika, nieograniczona ta wolność, tym Rymkiewiczowi bardziej się podoba.
Wierzy bowiem, że dzikość i okrucieństwo to strażnicy wolności. Bo kto próbował zakwestionować absolutną wolność Polaków, ten musiał zderzyć się z rozpętaną przez nich przemocą, negatywem prawa. Rokosz uznaje Rymkiewicz wręcz za naczelną normę, fundament istnienia Rzeczypospolitej. Nasi przodkowie, zdaniem Rymkiewicza, musieli być wyznawcami anarchii; inaczej Rzeczypospolitej wcale by nie było. Polski renesansowy humanizm to iluzja, państwo bez stosów - "bajki". "Polska szlachta była dzika i okrutna, ponieważ była to epoka, w której tylko tak właśnie można było żyć". Śmierć od miecza albo zaraza była doświadczeniem codziennym. I to czyni Polskę wieku XVI piękniejszą i prawdziwszą od naszej, XXI-wiecznej. Nawet jeśli - jak chce Rymkiewicz z lubością demontujący mity polskiej tolerancji - za piękne uznać ćwiartowanie i wieszanie skazańców na ulicach miast.
Źródło: Gazeta Wyborcza