Prezentujemy 20 książek nominowanych do nagrody Nike 2011. Dziś o "Dzienniku" Sławomira Mrożka Dzienniki pisarzy są często świadectwem zmagań z presją sukcesu i oczekiwaniami czytelników, mówią o kryzysach i obsesjach, ale jeśli nawet weźmiemy to pod uwagę, i tak lektura "Dziennika" Mrożka robi wrażenie wyjątkowe. Pierwszy tom, obejmujący lata 1962-69, to zapis permanentnego kryzysu twórczego, w jakim pisarz znalazł się po wyjeździe z kraju w latach 60. Szczery do bólu, przepełniony goryczą, chwilami ekshibicjonistyczny pokazuje Mrożka, jakiego dotąd nie znaliśmy.
Początkowo nic nie zapowiada katastrofy. Jest rok 1962. Cztery lata po debiutanckiej "Policji" - teatralnej satyrze na totalitaryzm - kariera Mrożka nabiera rozpędu. Dostaje w Szwajcarii Nagrodę Kościelskich, niedługo później we Francji Prix de l'Humour Noir. W Polsce jego nazwisko wchodzi do języka potocznego. O absurdalnych sytuacjach z codziennego życia mówi się: "Jak z Mrożka". W czerwcu 1963 r. pisarz osiada w Chiavari na włoskiej Riwierze. Pisze "Tango", która okaże się najważniejszą jego sztuką - o człowieku uwięzionym w kleszczach konwencji. Rośnie lista tłumaczeń, puchnie korespondencja z agentami teatralnymi na całym świecie. "Tango" grają w Warszawie, Düsseldorfie, Londynie, Nowym Jorku, Zurychu.
Kiedy jego sztuka świętuje sukcesy, on sam traci energię do pracy i wiarę w sens własnego pisarstwa. Notuje w styczniu 1965 r.: "Czy jest możliwe, żebym kiedykolwiek z parodysty stał się twórcą?". W lipcu: "Czy we mnie jeszcze są jakieś rezerwy, czy to już tylko dziadowanie?". W październiku: "Jestem w kryzysie (...) Trudno mi czasem uwierzyć, że w ogóle cokolwiek jeszcze napiszę". W listopadzie: "Impotencja trwa i nawet nie mogę sobie wyobrazić siebie jako autora czegokolwiek w przyszłości".
Im gorzej idzie mu z własnym pisaniem, tym większą jego zawiść i wściekłość budzi twórczość innych. Hesse? Jest głupi z tym swoim "Wilkiem stepowym". "Fizycy" Dürrenmatta "przypominają suchą bułę, którą człowiek zjada i nie ma czym popić". "Zdarzenie w Vichy" Arthura Millera to "śmieć teatralny". Ionesco - grafomania i bełkot.
Jego obsesją staje się brytyjski dramatopisarz Harold Pinter, jego rówieśnik. Recenzja w londyńskim "Timesie", w której "Tango" porównano z "Powrotem do domu" Anglika nie daje mu spokoju. 12 listopada 1965 r. żali się: "Chciałbym pognębić Pintera, chciałbym mieć wielki sukces światowy (...) bardzo bym chciał". Marzy, "żeby tak za trzy tygodnie najdalej nową wielką sztuką w Pintera trzasnąć". Niestety, jego nowe dramaty: "Krawiec", "Poczwórka", "Tercet", są puste i wtórne.
To nie jest Mrożek, do jakiego się przyzwyczailiśmy - król absurdu i czarnego humoru, mistrz autoironii. Z "Dziennika" wyłania się portret rozgoryczonego, pełnego kompleksów pisarza, który bezskutecznie próbuje odnaleźć się w nowej, emigracyjnej rzeczywistości i na międzynarodowym rynku literackim. Jego głównym problemem jest polskość. Chce być pisarzem światowym, niekojarzonym z Polską, a jednocześnie utrata kontaktu z polską rzeczywistością wyjaławia jego pisarstwo. Ucieka w alkohol, ma myśli samobójcze.
Lektura pierwszego tomu "Dziennika" budzi na przemian podziw i zażenowanie. Podziw dla determinacji, z jaką Mrożek buduje od podstaw swoje nowe, pisarskie ja. Zażenowanie wyrachowaniem i chłodną kalkulacją, które temu procesowi towarzyszą. Kim być, aby wejść do "lepszego towarzystwa", w którym są Pinter i Beckett? Jak i o czym pisać? Jak zerwać z Polską, nie tracąc języka i inspiracji? "Dziennik" jest pełen podobnych rozważań.
W końcu jednak Mrożkowi uda się przekuć własną słabość w siłę - w 1974 r. napisze "Emigrantów", swoją najlepszą obok "Tanga" sztukę, zbierającą doświadczenie życia na wygnaniu. Warto czytać jego "Dziennik", bo pokazuje, jak trudną drogę musiał przejść wschodnioeuropejski pisarz w II połowie XX w., aby przebić się do światowej literatury.