http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Festiwal po niemiecku

Przemysław Gulda
2011-06-17, ostatnia aktualizacja 2011-06-17 16:29
Foo Fighters
Foo Fighters
Fot. Matt Sayles AP

Hurricane to festiwal tak niemiecki jak tylko można. Ale w tym roku nie występują na nim prawie żadne niemieckie zespoły

Sum 41
Chris Schwegler / PR Photos
Sum 41
Do festiwalu Hurricane zostało kilka godzin. Piszę z drogi, śpiesząc się, żeby wysłać tę relację jeszcze przed przekroczeniem niemieckiej granicy. Jest wcześnie rano, to pora, o której rzadko oglądam świat. Z głośników dobiega idealna muzyka na tę godzinę i okoliczności - niezbyt agresywny, przebojowy emo rock amerykańskiego zespołu Jimmy Eat World, który za kilka godzin będziemy oglądać na festiwalu.

Ciepły Poznań

Jestem w drodze do Scheessel, małej miejscowości prawie dokładnie w połowie drogi między Bremą a Hamburgiem - to tam odbywa się festiwal Hurricane. Jak zwykle nie może być za łatwo. Jechałem przez Poznań, który co prawda nie jest po drodze, ale miałem dobry powód, żeby zahaczyć o to miasto: tam spotkałem się z przyjaciółmi, z którymi jadę na festiwal.

Jechałem tym samym pociągiem, który kilkanaście dni temu przywiózł mnie na samolot do Barcelony, ale tym razem przyjęcie o świcie na dworcu w Poznaniu było zupełnie inne. Wtedy powitał mnie bardzo zimny poranek i czekała mnie samotna podróż wychłodzonym autobusem na lotnisko Ławica. Tym razem było o wiele cieplej, dosłownie i w przenośni. Gorące przywitanie z jednym z poznańskich przyjaciół, a po kilku minutach dosypiałem w ciepłym łóżku przed startem w dalszą drogę. Przed godziną siódmą obudził mnie telefon i po chwili siedziałem już w samochodzie z dwójką przyjaciół z Poznania, z którymi mam spędzić kolejne trzy dni. To będzie spora odmiana od większości festiwalowych doświadczeń, które z reguły przeżywam zupełnie samotnie.

Letnie festiwale muzyczne nie są dla mnie okazją do kolegowania się. W związku z tym, że skupiam się raczej na tym, żeby zobaczyć jak najwięcej zespołów, że biegam między scenami od początku pierwszych występów do momentu, kiedy muzycy wypinają gitary ze wzmacniaczy po ostatnich koncertach, zupełnie nie mam czasu na rozmowy, wymianę wrażeń, opowieści o tym, co się działo przez te wszystkie miesiące, kiedy się nie widzieliśmy.

Czasem tego żałuję, czasem powoduje to, wyczuwalny mniej lub bardziej wyraźnie, swego rodzaju niesmak wśród moich znajomych. Pamiętam nawet poważną kłótnię, którą moja festiwalowa zajadłość spowodowała kilka lat temu podczas wspólnego wyjazdu na Glastonbury - bo wspólne okazały się tylko noce. Zresztą noce polegały na tym, że oboje ostatkiem sił docieraliśmy do namiotu i padaliśmy trupem na materacach nasiąkających wszechobecnym na tamtej edycji festiwalu błotem. Nie było kolegowania się. I nie było zbyt miło.

Sklonuj sobie festiwal

Na Hurricane będę po raz pierwszy, więc na razie mogę oceniać ten festiwal tylko na podstawie tego, co piszą o nim w internecie organizatorzy i uczestnicy. No i tego, co opowiadają moi towarzysze podróży, dla których będzie to już kolejna wizyta w Scheessel. Z tych wszystkich opowieści wyłania się obraz festiwalu, który jest czysto niemiecki, w różnych tego słowa znaczeniach.

Organizatorzy bardzo sprytnie wymyślili to przedsięwzięcie. Bo sam Hurricane to tylko połowa pomysłu, festiwal ma swojego bliźniaka - South Side, imprezę, która zaplanowana jest dokładnie w tym samym czasie i ma dokładnie ten sam lineup. South Side zgodnie z nazwą odbywa się na południu kraju. Organizatorzy tworzą więc swego rodzaju most transportowy, którym przez cały weekend przerzucać będą zespoły z jednego miejsca w drugie. Takie sklonowanie pozwala ściągnąć pod sceny większą publiczność. Ci mieszkający na północy Niemiec jadą na Hurricane, ci z południa - na South Side, a wszystkim jest wygodniej: zespoły mają zapewnione dwa festiwalowe koncerty w ciągu jednego weekendu, a publiczność może być dwa razy większa.

Teraz rock

Program obu festiwali jest wybitnie rockowy, co odróżnia Hurricane i South Side od całej masy podobnych imprez odbywających się przez całe lato w Europie. Wystarczy spojrzeć na samych headlinerów obu niemieckich festiwali: Foo Fighters, Incubus i Sum 41 - to są zespoły, które przyciągają jednak trochę inną publiczność niż ta, która przyjeżdża np. do Barcelony na Primaverę. W Scheessel nie ma miejsca na takie gwiazdy tego festiwalowego sezonu jak np. Twin Shadow czy James Blake. Spodziewam się więc raczej, że większość publiczności stanowić będą czterdziestolatki z kozimi bródkami i dużą ilością tatuaży niż młodsi o dwie dekady hipsterzy.

Zastanawiające jest natomiast to, że w programie prawie zupełnie nie ma zespołów niemieckich. Przecież nie wynika to z tego, że niemiecka scena jest mizerna. Owszem, Niemcy nigdy nie były mocnym punktem na europejskiej mapie muzycznej, ale bez przesady - sam mógłbym wymienić kilka tamtejszych zespołów, które bez problemu zmieściłyby się pod względem stylistycznym w programie Hurricane. Nic z tego, organizatorzy nie dopieszczają lokalnych wykonawców.

Zdecydowanie dopieszczają natomiast ludzi, którzy pracują. Program festiwalu wskazuje na to, że impreza zaplanowana jest zgodnie z ich potrzebami, trochę inaczej niż większość festiwali, przeznaczonych - jak może się wydawać - dla ludzi, którzy są na mniej lub bardziej nieustających wakacjach - wystarczy porównać go choćby z programem Primavery. W Barcelonie koncerty odbywały się już od czwartku, a w zasadzie nawet od środy, zaczynały się późnym wieczorem i kończyły o świcie, nie dając szans na budzenie się wcześniej niż po południu. Niemiecki festiwal jest wyjątkowo weekendowy: zaczyna się w piątek - w ten dzień koncerty zaplanowane zostały od późnego popołudnia, w niedzielę zaś wszystko kończy się mniej więcej koło północy, tak żeby można było spokojnie dotrzeć do domu i w poniedziałek nie spóźnić się za bardzo do pracy.

Nie powiem, mi też to jest na rękę, bo jeśli wszystko dobrze pójdzie, zdołam dotrzeć - znów przez Poznań - do Gdańska w poniedziałek wieczorem. A zważywszy na to, że w czwartek o świcie wyruszam do Glastonbury, pozwoli mi to przynajmniej wyprać zabrudzone północnoniemieckim błotem ciuchy.

I jeszcze jedno - pozwoli mi to trzymać rękę na pulsie bardzo ważnej sprawy: ogłoszenia decyzji o przyznaniu jednemu z polskich miast tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Mam naprawdę wielką nadzieję, że tym miastem zostanie Gdańsk. To byłoby wydarzenie, którego wartości nie byłbym chyba w stanie przecenić. Mam tylko małe wyrzuty sumienia z powodu wyjazdu z Gdańska dokładnie w dniu, kiedy przyjechała tam komisja oceniająca przygotowania miasta do ewentualnego uzyskania tego tytułu. Bo w tym czasie w Gdańsku obowiązują zasada: wszystkie ręce na pokład. Swoje poparcie jednoznacznie okazywali artyści, dziennikarze, przedsiębiorcy i wszyscy inni zainteresowani tą sprawą. Nie ma mnie przy tym, czego trochę żałuję. Ale kciuki trzymam bardzo mocno!

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':