Gwoździem programu tegorocznego Hurricane jest dla mnie występ zespołu Arcade Fire. To wystarczyłoby, żeby mnie tam przyciągnąć. Ale oprócz nich na festiwalu zagra jeszcze kilka innych ciekawych formacji
Jak zwykle dopiero na ostatnią chwilę miałem szansę zajrzeć do programu niemieckiego Hurricane. Zrobiłem to w drodze do Hamburga, wcześniej rzuciłem tylko okiem na stronę internetową i to starczyło, żeby mieć pewność, że warto tam jechać.
Znów zapłonie ogień
Najważniejszym argumentem była dla mnie informacja, że na festiwalu wystąpią Kanadyjczycy z zespołu Arcade Fire. Po ich genialnym występie na kalifornijskiej Coachelli w połowie kwietnia wiedziałem już, że w tym sezonie to oni będą królami festiwali. Potem dotarł do mnie jeszcze znakomity, choć bardzo krótki singiel zawierający m.in. nagranie, w którym zespół wspomógł David Byrne - żywa legenda sceny alternatywnej. Nie mogę przestać słuchać tych dwóch znakomitych nagrań, nie mogę przestać słuchać ostatniej płyty grupy, nie mogę przestać wracać do ich dwóch wcześniejszych albumów.
Arcade Fire zdecydowanie zdominowało w ostatnim czasie moją sonosferę, nic więc dziwnego, że nie mogę się doczekać piątkowego występu tej grupy na Hurricane. Sprawdziłem już, że w tym samym czasie na innych scenach nie będzie się działo nic, co mogłoby mnie odciągnąć od tej, gdzie Kanadyjczycy zaprezentują swe porywające widowisko. Jeśli więc tylko nie przeszkodzi pogoda - a prognozy są niestety fatalne: w Scheessel, gdzie odbywa się festiwal, ma padać przez cały weekend - to będzie z pewnością jeden z piękniejszych wieczorów w ostatnich dniach.
Wygląda na to, że przegra z nim nawet ten wczorajszy, choć też był dość niezwykły. Ze znajomymi obserwowaliśmy zaćmienie księżyca na sopockiej plaży, nie mogąc uciec od nasuwających się skojarzeń z filmem Larsa Von Triera "Melancholia". Zupełnie tak jak jego bohaterowie staliśmy i gapiliśmy się w niebo, niby rozumiejąc, co się na nim dzieje, niby wiedząc, o co w tym wszystkim chodzi, ale jednak czując niepokój, przytłoczenie ogromem zjawisk, które zachodzą na naszych oczach, i świadomością, że w ich obliczu jesteśmy niczym. Literalnie, kompletnie i bezdyskusyjnie - niczym.
Drugą nazwą, która sprawiła, że z miejsca zapragnąłem jechać do małej miejscowości gdzieś między Hamburgiem a Bremą, było An Horse, prawdopodobnie jeden z najmniej znanych zespołów wśród tych, które wystąpią w tym roku na Hurricane. To bardzo skromny duet z Australii, który odkryłem mniej więcej wtedy, kiedy ukazał się jego debiutancki album - "Rearrange Beds" z 2009 roku. Spodobała mi się już sama płyta, ale prawdziwe zauroczenie zaczęło się od momentu, kiedy zobaczyłem ich na koncercie. To było w Nowym Jorku, w jednym z mniejszych, ale bardzo ważnych tamtejszych klubów - Mercury Lounge.
Na scenie, dosłownie metr przede mną, stanęła delikatna, wręcz krucha, choć wyglądająca trochę jak chłopak, co nie miało przecież znaczenia, dziewczyna - Kate Cooper, połowa tego damsko-męskiego duetu. Zaczęła robić spory hałas za pomocą gitary, a na tym tle śpiewała swoje smutne, dziewczyńskie w najlepszym tego słowa znaczeniu teksty o tym, że jest niezdecydowana, że nie wie, co zrobić, że nie jest pewna, że się waha. Mocno to na mnie wówczas zadziałało. Może dlatego, że było tak spójne - właśnie takich tekstów i tak nastrojowej muzyki można się spodziewać po kimś, kto wygląda tak jak Cooper. Może dlatego, że było tak smutne, może pasowało jak ulał do mojego nastroju, do tego nad wyraz dziewczyńskiego momentu w moim życiu.
Potem pilnie śledziłem, co się dzieje z zespołem. Nie liczyłem - prawdę mówiąc - że uda mi się go jeszcze kiedykolwiek zobaczyć na koncercie. Przecież zespoły z Australii nie przyjeżdżają do Europy ot tak, co chwilę. A jednak. Okazało się, że zespół gra na Hurricane. Byłem wniebowzięty, kiedy się o tym dowiedziałem. To będzie zdecydowanie drugi co do ważności punkt programu w moim festiwalowym planie.
Po drodze była jeszcze druga płyta grupy. Podobna do pierwszej, równie dobra, ciekawa, równie smutna i spójna - album "Walls", który światło dzienne ujrzał pod koniec kwietnia. Po drodze był jeszcze jeden epizod, który nie może mi wyjść z głowy. Przechodziłem z jednego namiotu do drugiego podczas krakowskiego festiwalu Selector, kiedy kątem oka dostrzegłem stojącą obok ścieżki, czekającą chyba na kogoś dziewczynę. Prawdę powiedziawszy, najpierw dostrzegłem jej koszulkę. Z plątaniny linii i liter, które się na niej znajdowały, szybko wyłowiłem nazwę grupy - właśnie An Horse. Byłem w szoku - wydawało mi się, że tego zespołu w Polsce nie zna zupełnie nikt.
"Wydawało mi się, że tego zespołu w Polsce nie zna zupełnie nikt" - powiedziałem. Uśmiechnęła się tylko: "Ja znam". Musiała zobaczyć to, czego nie chciałem powiedzieć głośno, ale co musiało być w moich oczach, bo szybko dodała: "No tak, i trzeba będzie go już teraz przestać słuchać". Dokładnie to samo pomyślałem. Pół żartem, pół serio, oczywiście. A raczej prawie zupełnie żartem i prawie zupełnie nie serio. Bo nie przestaję go słuchać przed festiwalem, wciskam go jakoś między kolejne przesłuchania Arcade Fire. Ale coś w tym jest i dziewczyna o tym wiedziała - nie musieliśmy nawet tego mówić głośno. To był ten moment, kiedy nagle okazuje się, że coś, co było tylko nasze - co było naszym małym odkryciem, którym cieszyliśmy się, trochę jakby sekretnie, od jakiegoś czasu - nagle okazuje się nie tylko nasze. Coraz szybciej staje się coraz bardziej nie nasze, czasem już absolutnie nie nasze.
Przeżywałem to bardzo często. Odkrywałem jakieś zespoły, zupełnie świeże, nowe i nieznane maleńkie kapele wyciągnięte z nowojorskich piwnic, a one po kilku tygodniach, miesiącach zaczynały być popularne w całym mieście, w całym kraju, na całym kontynencie, niektóre wręcz na całym świecie. I choć to przecież idiotyczne, podobały mi się już coraz mniej, dużo mniej niż wtedy, kiedy znało je tylko kilku znajomych. Tak było np. z zespołem Matt And Kim, na którego pierwsze koncerty chodziłem jeszcze do Cake Shopu - nowojorskiego klubu w piwnicy, ciasnego jak piwnica, w której mieści się zaledwie kilka osób. Dziś ten duet gra ogromną trasę koncertową u boku zespołów Blink 182 i My Chemical Romance, co kiedyś było nie do wiary. I nie wiem dlaczego, ale to już nie smakuje tak bardzo jak wtedy, kiedy to było nie do wiary.
Dużo dobrej muzyki
To oczywiście jeszcze nie koniec listy wykonawców, których występy będę próbował zobaczyć na Hurricane. Nieczęstym gościem na festiwalach jest w tym roku Lykke Li, więc będę chciał zajrzeć pod scenę, kiedy na niej stanie. Coraz bardziej podoba mi się to, co robi ta dziewczyna, i coraz bardziej żałuję, że doceniłem to dopiero teraz, po tak długim czasie. Pierwsza płyta szwedzkiej wokalistki w zasadzie spłynęła po mnie jak po kaczce, owszem, kilka utworów zostało mi w głowie, owszem, byłem zaskoczony żywiołowością artystki na scenie, ale jakoś wielkiego serca do niej i do jej twórczości nie miałem. Druga płyta - "Wounded Rhymes" wydana w tym roku - sprawiła, że coś się zmieniło, że ta muzyka zaczęła mnie obchodzić. A pamiętam, co ta artystka potrafi pokazać na scenie - jej koncert może być jednym z najbardziej gorących momentów festiwalu.
Niespodzianką była dla mnie także informacja o koncercie Glasvegas - zespołu, o którym zdążyłem ostatnio zapomnieć, a jego druga płyta długogrająca "Euphoric Heartbreak" była czymś, o czym raczej nie będę chciał zbyt długo pamiętać. A szkoda, bo ze trzy lata temu, kiedy ukazywał się rewelacyjny debiut tego zespołu, a on sam w ciągu zaledwie kilku miesięcy awansował z poziomu mało komu znanego debiutanta do gwiazdy, o której było wszędzie głośno, była to grupa robiąca na mnie ogromne wrażenie.
Pamiętam, że zdarzyło mi się nawet przedsięwziąć wariacką wyprawę do Berlina na jej koncert - rozkład jazdy pociągów, autobusów i innych środków komunikacyjnych był taki, że spędziłem w nich, lekko licząc, z dwadzieścia godzin, tylko po to, żeby w samym Berlinie być... czterdzieści minut. Ale to wystarczyło, żeby zobaczyć wspaniały występ Glasvegas w jakimś maleńkim, obskurnym klubie i potężnie się nim zauroczyć. Nie wiem co się stało z tym zespołem i czemu nagrał tak słabą, nijaką, tak żadną płytę. Ale na jego koncert wybiorę się bez dwóch zdań, choćby po to, żeby usłyszeć rewelacyjne starsze utwory z takimi przebojami jak "Geraldine" czy "Flowers & Football Tops" na czele.
Z pewnością zerknę na koncert grupy The Vaccines, żeby sprawdzić, jak sobie radzi na żywo ten - moim, ale nie tylko moim zdaniem - "one hit wonder", wymyślony, żeby sprzedać tego lata kilkadziesiąt tysięcy płyt, a potem kompletnie gdzieś zniknąć. Spojrzę, jak na żywo wypada absolutnie absurdalny w swej przystępności metal zespołu Kvelertak. Z wielką przyjemnością usłyszę jeszcze raz na żywo "The Middle" czy "Coffee And Cigarettes" Jimmy Eat World - utwory, które mają tę właściwość, że nie chcą się od człowieka odczepić.
Chętnie posłucham na żywo Band Of Horses, choć ostatnie koncerty tych brodaczy - wyglądających wypisz, wymaluj jak kierowcy pędzących z jednego wybrzeża na drugie ciężarówek - wydawały mi się dość nudne, chętnie obejrzę jeszcze raz iście nastoletni entuzjazm muzyków z Two Door Cinema Club. Zerknę po raz kolejny w tym sezonie na występy Bright Eyes, The Kills i Gogol Bordello - tych ostatnich tym bardziej, że nie jestem pewien, czy uda mi się wpaść na ich warszawski koncert dwa dni po festiwalu. A z sentymentu za dawnymi czasami zerknę też na kilka koncertów grup reprezentujących muzykę o hardcore'owych korzeniach, np. Kanadyjczyków z Comeback Kid czy - swego czasu moich emocore'owych faworytów - Amerykanów z Boysetsfire. Wszystko wskazuje więc na to, że na tym festiwalu nie będę się nudził. Oby tylko deszcz nie pokrzyżował tych wszystkich planów.