http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

I po zabawie

Przemysław Gulda
2011-10-24, ostatnia aktualizacja 2011-10-24 16:43
An Horse na festiwalu CMJ
An Horse na festiwalu CMJ
Fot. Anna Morgowicz

Festiwal CMJ zakończony. A wraz z nim na dobre skończył się tegoroczny sezon festiwalowy. Jaki był, a jaki będzie następny?

An Horse na festiwalu CMJ
Fot. Anna Morgowicz
An Horse na festiwalu CMJ
To było dziwne uczucie - obudziłem się w niedzielę rano i po raz pierwszy od pięciu dni nie musiałem zrywać się i natychmiast biec do któregoś z klubów na jakiś rozpoczynający się w samo południe showcase. Pierwszy raz od pięciu dni nie miałem planu dnia ułożonego z góry, nie miałem setki koncertów do wyboru, dylematu, czy może zobaczyć jakiś nieznany, ale potencjalnie bardzo ciekawy zespół z Nowej Zelandii, czy może raczej amerykańską formację, której epkę słyszałem niedawno i wydała mi się interesująca. Po raz pierwszy od prawie tygodnia zaczął się zwykły dzień, dzień bez festiwalu.

Karawana pójdzie dalej?

Oczywiście, że żałowałem i dziwnie się z tym czułem. Tym bardziej że to nie tylko koniec CMJ, ale koniec, już na dobre, tegorocznego letniego sezonu festiwalowego. Jasne, jesień to z kolei przecież sam szczyt sezonu koncertowego, kiedy życie muzyczne przenosi się z plenerowych scen do klubów, ale to już nie to samo.

Jaki był ten sezon? Dość dramatyczny - na plan pierwszy wysuwają się oczywiście dwa zdarzenia, które mogą wpłynąć na następny festiwalowy rok, a może wręcz na kilka kolejnych lat. Po pierwsze, cała seria wypadków, które trapiły zarówno kilka mniejszych, jak i jeden z najważniejszych europejskich festiwali, Pukkelpop - zawalające się sceny zabijały ludzi. To nie może pozostać bez wpływu na organizację tego typu imprez w przyszłości. W przyszłym roku z pewnością wymogi bezpieczeństwa zostaną zaotrzone, pojawią się nowe regulacje gwarantujące spokojną i niegroźną zabawę. A to na pewno będzie kosztować.

Z tym wiąże się drugi cios w festiwalową karuzelę: nieco zaskakujące oświadczenie Michaela Eavisa, pomysłodawcy i szefa imprezy w Glastonbury, a w gruncie rzeczy ojca chrzestnego wszystkich tego typu przedsięwzięć na świecie. Po kolejnej edycji swojej imprezy oświadczył, że era festiwali się kończy, bo to imprezy, które są za drogie. Czy to zdanie podzielają inni organizatorzy? Czy to rzeczywiście spowoduje, że festiwalowy amok zacznie powoli opadać? Aż się boję o tym myśleć.

Jak dziś wygląda przyszłość

Na razie myślę jeszcze o zakończonym kilka godzin temu CMJ. Nie przyniósł może jakiejś gigantycznej rewolucji, nie pojawił się na nim jakiś zespół czy zespoły, które na zawsze zmienią oblicze alternatywnego grania, nie pojawił się zupełnie nowy gatunek, który poszerzył granice tego, co nazywa się muzyką alternatywną.

Po tym festiwalu można być pewnym tylko trzech spraw: po pierwsze, że to dziś bardzo szerokie określenie, po drugie - że nie istnieją już dziś jakiekolwiek gatunkowe ograniczenia, a po trzecie - że scena alternatywna ma się bardzo dobrze. Festiwal pokazał, że pod tą nazwą kryje się mnóstwo najróżniejszych gatunków, odmian i stylistyk. Wśród dziewięciuset festiwalowych zespołów znaleźć można przedstawicieli każdego chyba rodzaju grania: od wyciszonej, minimalistycznej kameralistyki do wyrywającego paznokcie swoją intensywnością death metalu, od klasycznego gitarowego grania do eksperymentalnej elektroniki, od folkowych ballad do jazz-rockowych improwizacji. Ba, na CMJ można było nawet usłyszeć zespoły reprezentujące gatunki niekojarzące się dotąd ze sceną alternatywną, a jednak zagrane w sposób zupełnie nowy, inny, alternatywny właśnie.

To świetny dowód na to, że dzisiejsi muzycy nie przejmują się już w żaden sposób uświęconymi kiedyś podziałami gatunkowymi, że subkulturowe stereotypy, rzutujące na gatunki muzyczne, są już dziś wyjątkowym anachronizmem. I nie jest dziś już tak, że metalu słuchają wyłącznie metalowcy, a punk rocka nie można łączyć z akustycznymi balladami. Ten festiwal pokazał to bardzo wyraźnie. Dziś, na poziomie muzycznym, można już łączyć wszystko ze wszystkim i nie przejmować się, że posługujący się gatunkowymi schematami widzowie odwrócą się od zespołu za brak stylistycznej spójności.

CMJ pokazało też bardzo wyraźnie, że scena alternatywna, mimo widocznego w prawie każdej dziedzinie życia kryzysu, ma się bardzo dobrze. Banki mogą upadać, stopy procentowe szaleć, ceny w sklepach bezlitośnie rosnąć, a bezrobocie dotykać coraz szerszych rzesz społeczeństwa - to nie ma żadnego znaczenia, nadal jest mnóstwo, a może wręcz coraz więcej młodych ludzi, którzy cały swój wolny czas spędzają w garażu z kilkoma kolegami czy koleżankami i grają swoją własną muzykę, a potem próbują zaprezentować ją coraz większej słuchaczy. To był naprawdę budujący i symboliczny widok - stałem któregoś z festiwalowych dni u drzwi klubu Public Assembly, gdzie odbywały się popołudniowe koncerty, i widziałem, jak na ulicy przed klubem parkują samochody przywożące kolejne zespoły. Ruch był prawie jak na lotnisku - obok Public Assembly działa jeszcze kilka innych klubów, w których też odbywały się festiwalowe prezentacje - co rusz podjeżdżały vany z rejestracjami z najróżniejszych stanów, od tych najbliższych po te najbardziej odległe, otwierały się drzwi, a ze środka wysypywali się młodzi ludzie, pełni energii i wiary, że najbliższe dwie godziny mogą na zawsze zmienić ich życie, wyciągali wielkie pudła ze sprzętem: instrumentami, wzmacniaczami, głośnikami, i nosili je do klubu. To, że im się chce, to, że mają na to energię, to najlepszy dowód, że scena alternatywna ma się dobrze i raczej nie zapowiada się, żeby coś się miało zmienić.

Pan od WF-u

Chodzą mi jeszcze po głowie dwa festiwalowe obrazki. Dwie sytuacje z ostatniego dnia, które wywołały u mnie sporo emocji. Jedna łączyła się z dość mieszanymi uczuciami. To było zresztą coś zupełnie nietypowe na tym festiwalu, który przecież służy przede wszystkim prezentacji nowości i promocji debiutantów - koncert prawdziwej legendy, zespołu, który w zasadzie stworzył, wraz z kilkoma innymi pionierami działającymi w tym samym czasie, cały gatunek muzyczny i cały związany z nim świat. To Youth Of Today, klasyczna nowojorska formacja hardcore'owa. Choć grupa, która istniała w drugiej połowie lat 80., reaktywowała się w ostatnim czasie kilka razy, ale w swoim rodzinnym mieście jeszcze nie grała - to był jej pierwszy koncert tutaj od 25 lat.



Szedłem na ten koncert z bardzo mieszanymi uczuciami. Brzmiał mi w głowie przez cały czas tekst piosenki grupy The Hold Steady, w której jej wokalista Craig Finn opowiada historię o tym, jak rozczarował się tym zespołem, który kiedyś "dał mu kilka bardzo ważnych życiowych lekcji", a po kilku latach, kiedy muzycy zaangażowali się w ruch Hare Kryszna, zamiast dobrych rad mieli dla niego już tylko promocyjne ulotki najbliższej świątyni. Wracały też do mnie wspomnienia kilku podobnych sytuacji, które sam przeżywałem, sytuacji, w których zespoły sprzed lat niszczyły swoją legendę. Więc bardzo bałem się tego koncertu. Okazało się na szczęście, że moje obawy były trochę przesadzone. Pod względem muzycznym zespół wypadł znakomicie - nowy skład (w zespole gra tylko dwóch, za to najważniejszych, założycieli: wokalista Ray Cappo i gitarzysta Porcell) sprawdził się na tyle dobrze, że stare piosenki zabrzmiały dokładnie tak, jak powinny. Cappo na szczęście nie był zbyt nachalny w promocji swej religii, skupił się raczej na wspomnieniach sprzed lat i pozdrawianiu ze sceny tych wszystkich, którzy wraz z nim współtworzyli scenę hardcore'ową w Nowym Jorku ponad ćwierć wieku temu - okazja była zresztą podwójna, poza powrotem zespołu na scenę, swoją premierę miało właśnie tego wieczoru nowe wydanie albumu "Making a Scene", zawierającego spory zestaw fotografii z czasów, kiedy Cappo i Porcell zakładali swoją formację.

I kiedy stałem pod sceną, wysłuchując tej długiej listy nazwisk, tej listy obecności osób, których płyty kilkanaście lat temu znałem na pamięć, z którymi wywiady czytałem w odbijanych na ksero i rozsyłanych pocztą zinach, pomyślałem, że gdyby ktoś wtedy zabrał mnie w takie miejsce, na taki koncert, z taką publicznością, umarłbym ze szczęścia. To byli ludzie, którzy w znacznym stopniu wpłynęli na to, kim dzisiaj jestem. I to począwszy od poważnych spraw światopoglądowych, skończywszy na tak praktycznych, życiowych sprawach jak to, co kładę na talerzu. Nawet jeśli scena nowojorska, z natury prawie zupełnie wyprana z akcentów politycznych, była dla mnie wówczas tylko częścią inspiracji, i tak czułem, stojąc pod sceną w klubie na odległym Chinatown, jakbym po latach wrócił do swojej dawnej szkoły i spotkał kilku dawnych nauczycieli. Głównie nauczycieli od WF.

Darowany koń

Sporo emocji, zupełnie innego rodzaju, wywołał u mnie natomiast koncert, który widziałem tego samego wieczoru. Kiedy tylko dowiedziałem się, że ten zespół ma zagrać na festiwalu, z miejsca wiedziałem, że to będzie jeden z mocniejszych punktów tegorocznego festiwalu - to australijski duet An Horse, który już dawno temu zachwycił mnie swoimi płytami, zachwycił mnie też koncertem, który miałem kiedyś okazję zobaczyć właśnie w Nowym Jorku. Ta delikatnie wyglądająca dziewczyna, śpiewająca swoje szczere do bólu teksty i grająca na gitarze dość proste, a jednak poruszające we mnie duże emocje dźwięki, ten uśmiechnięty chłopak, który na perkusji wykonuje dość ekwilibrystyczne sztuki, te znakomite piosenki, które zostają w głowie na bardzo długo. W tym roku miałem już okazję widzieć ten zespół na festiwalu Hurricane, ale niestety oberwanie chmury, które trwało dokładnie wtedy, gdy Australijczycy stali na scenie, spowodowało, że nie miałem najmniejszej szansy należycie przeżyć tego koncertu.



Tym razem na szczęście było inaczej - udało mi się stanąć tuż przy scenie i wysłuchać na spokojnie całego koncertu. Koncertu znakomitego. Porywającego i poruszającego. Nie mogłem oderwać oczu od tej wpatrzonej w jakiś punkt na końcu sali dziewczyny, zwierzającej się w swoich piosenkach z najbardziej intymnych przeżyć, z najbardziej skrywanych zazwyczaj emocji. I jeszcze długo brzmiały mi w głowie te piosenki, kiedy przebijałem się ulicami Chelsea - właśnie tam, nie wiedzieć czemu, odbywał się ten koncert - przez tłum krzykliwych, wystrojonych młodych Amerykanów, zupełnie innych od tych, których widuje na co dzień w swojej dzielnicy. I próbowałem przekonać samego siebie, że "nie ma nic złego w tym, że czasem się upada, nie ma nic złego w tym, że czasem coś się nie uda". I jakoś chyba nie mogłem. Ale czułem, że to było znakomite pożegnanie z tegorocznym CMJ, z tegorocznym sezonem festiwalowym, z ważnym i pełnym istotnych wydarzeń okresem w moim życiu. I za wszelką cenę odsuwałem od siebie myśl o tym, co mnie czeka, kiedy wrócę do normalnego życia.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':