W szkole straszy. Jeśli porównać ją do opery, to jej upiorem są
lektury. Ich liczba jest makabryczna. A co najmniej połowa, licząc już od szkoły podstawowej, absolutnie zbędna. Czytanie ich wszystkich to droga przez mękę. Niech sczezną. A razem z nimi odpowiedzialne za ten jeżący włosy na głowie repertuar MEN. I nauczyciele. To znaczy ci, którzy mając wybór, uporczywie wybierają pozycje. Do nich to zwracam się przede wszystkim.
"Chodźcie dzisiaj nad rzekę, ona płynąc nizinami równymi szerzej się rozlewa wśród błot świeżą zielonością okrytych". Rozciągnijcie to zdanie jak akordeon, wtedy rozleje się na wiele stron. Bo trudno jedno od drugiego odróżnić. Lub takie: "Co to za głowa się pokazała, cała włosami okryta długimi, zarosła rudo, co to za człowiek słusznego wzrostu, krępy i barczysty długim leżeniem i snem skostniałe wyciągnął członki?". Dość? Lub takie: "Naokół oprócz noclegowiska śladu człowieka nie dostrzegło oko, bór, jak go stworzył Bóg, ku niebu wyrosły bujno, pnie grube jak słupy proste, oschłe gałęzie od dołu, u góry w zielone wieńce ubrane". Już? Można jeszcze trochę? Dlaczego męczyć się mają tylko szóstoklasiści? "Gdzieniegdzie zwalona burzą kłoda, na pół przegniła, pół z kory opadła, pogięte od wichru wyrostki i poschłe od zgrzybiałości...".
Półidioci uczą idiotów Frustrujące, nie? I tak całymi stronami, jedna po drugiej, sto, dwieście, trzysta. Człowiek, kiedy to czyta, nie może uwierzyć, że alfabet ma tylko dwadzieścia cztery litery! A na końcu, jeśli ktoś w ogóle tam dotrze, podrapany, krwawiący od tych wszystkich gałęzi, korzeni, drzew, odurzony, półpijany od tej wylanej na głowę beczki stęchłej, tej domowej nalewki robionej prababcinym sposobem, kto dotrwa więc, ten dowie się w posłowiu, że: "Jak dziecię po przyjściu na świat rośnie olbrzymio i sił nabywa szybko, tak naród wśród tych mroków pierwobytu, obdarzony jeszcze całą potęgą z kolebki wyniesioną, niepojętym sposobem kształtuje się do przyszłych swych losów". Nie opłacało się? Takie cudowne pisklę, które wykluło się z jajka niespodzianki?
Trzydzieścioro uczniów siedzi w jednej klasie. Pod sufitem z olbrzymiej cegły w postaci "Starej baśni". Która się miarowo, strona po stronie, obsuwa. Głowy wbija im do klatki piersiowej, kadłuby prasuje z ławkami, ławki z podłogą. Tak powstaje wykładzina z fragmentów lektury uzupełniającej dla klas szóstych. Po której przechadza się wiecznie zadowolone z siebie ciało pedagogiczne, bez głowy. Zaprogramowane na program roczny. Błędne koło - ci, co sami martwi, ożywić mają zainteresowanie książką wśród dzieci. Przypomina to trochę naukę niemieckiego w Niemczech. Nierzadko jest tak, że nowych cudzoziemców uczą cudzoziemcy starzy. To jest językowi półidioci uczą idiotów kompletnych.
Jest rok 2011. Zasmarkane jeszcze szczeniaki wchodzą po raz pierwszy do klasy i od razu dowiadują się, kim są (Polakami), czym jest Polska (wszystkim), w co mają wierzyć (w Polskę) i co są jej winni (życie). "Kto ty jesteś?" to wierszyk na poziomie twórczości plemiennej. Wyryty przez jakiegoś kapłana wojownika. Zakrwawioną dzidą. Na skale. W jaskini (umysłowej). Ich szczęście (tych dzieci), że w tym wieku jeszcze raczej tępawe, bo wyszłyby z pierwszej klasy ze schizofrenią. Bo zaraz dowiadują się, kim jest Bóg (wszystkim), w co mają wierzyć (w Boga) i jakie zajmuje on miejsce w życiu człowieka (całe).
W "Po raz pierwszy w kościele" z tomu "Patyki i patyczki" ks. Jana Twardowskiego dziewięcioletni chłopiec chce kupić flamastry. Zmęczony nieudanymi poszukiwaniami postanawia odpocząć na ławce w kościele. W którym nie był nigdy, ponieważ rodzice niewierzący. Widzi ludzi, którzy klękają i modlą się do kogoś niewidzialnego, i to właśnie tak go zaczyna fascynować, że w domu nie chce już oglądać ani telewizji, ani znaczków, które pokazać chce mu ojciec.
Flamastry chłopiec kupić chce zielone - dlaczego zielone? I dlaczego w ogóle te durne flamastry? Nie lepiej, gdyby na ulicy rozpętała się burza i chłopiec wpadł do kościoła, żeby się przed nią uchronić? Ma lat "dziewięć i dwa miesiące", po co, do czego te dwa miesiące? To jakiś szczególny wiek? Brzmi jak ogłoszenie wyroku. Nie chce widzieć już znaczków ojca "z Nowej Gwinei z małpą i Papuasem", dlaczego ojciec podsuwa mu akurat te? Kto wpadnie dziś na to, że to atrakcja, którą chłopiec ignorował na rzecz Boga?
Co słonko widziało? Wiochę W "Patykach i patyczkach" ks. Twardowskiego ludzie wynoszą w czasie pożaru najbardziej istotne dla siebie rzeczy, najczęściej, ma się rozumieć, próżności. Jeden chłopak tylko, ryzykując zaczadzenie, wynosi i ocala to, co w tytule. No pięknie. Dobrze, że mało kto się lekturami przejmuje i w czasie pożaru nie wynosi jakiegoś badziewia, olewając po drodze dogorywających na przykład dziadków. Od rodziców po dupie by tymi patykami dostał, i słusznie.
Lektury uzupełniające uzupełnią obraz powyższego świata, czyli Polski, czyli świata, o rzecz fundamentalną. Otóż cały świat, czyli Polska, to jedna wielka wiocha. (Z wyjątkiem jednego miasta, ale ono się nie liczy, bo ono w "Gdy miasto śpi" śpi). Co świadczy dobitnie o naszej proweniencji. Jej świadkiem koronnym jest słonko w "Co słonko widziało" Konopnickiej. W raporcie o ziemi widzianej z góry słonko nie dostrzegło ani jednego miasta. Nie ma nawet najmniejszej o nim wzmianki, co oznacza, że albo go naprawdę nie ma, albo słonko jest ślepe na jedno oczko. Wioska - i co kto na niej robi - to wszystko. A wieczorem w wiosce
kolacja, wszyscy siorbią barszcz z misy głębokiej. Na wiosce chyba/ bardzo biednej/ bo mam wrażenie/ że jedli go z michy jednej (to ja, nie Konopnicka).
W czasie dalszej edukacyjnej podróży adepci szkoły podstawowej wpadną jak śliwka w "Zaczarowaną zagrodę" Aliny i Czesława Centkiewiczów (akcja rozgrywa się gdzieś na Grenlandii). Za sprawą Janiny Porazińskiej zapoznają się z dziwnym facetem o ksywie Dratewka (dzięki mrówkom, kaczkom i osom dostaje księżniczkę do łóżka). Poznają się bliżej, nie wiadomo w zasadzie po co, z bocianem jako takim ("Kajtkowe przygody" Marii Kownackiej - bocian jako drugi egzemplarz obok orła w menażerii polskiej). W "Anaruku, chłopcu z Grenlandii" Czesława Centkiewicza zostają ponownie wpakowani do Grenlandii (co jest z tą Grenlandią? Nawet jej rdzenni mieszkańcy nie wiedzą, gdzie ona leży). Dowiedzą się paru rzeczy o "Krasnoludkach i sierotce Marysi" (rzecz dzieje się na wsi). Trochę się tam pochylą lub nie nad losem "Janka Muzykanta" Sienkiewicza (patrz nawias poprzedni). Pomęczą nad "Legendami warszawskimi" Artura Oppmana (tu szewczyk nazywa się Lutek, nie Dratewka, ale rzecz dzieje się też w sumie na wsi. Miastem Warszawa stanie się dopiero w "Pamiętniku z powstania warszawskiego", ale tak zburzonym, że to też się nie liczy). Przedzierać się będą przez "Pustynię i puszczę" (z różnym skutkiem, większość zatrzyma się na skraju) i jeśli nie dobiją ich "Wspomnienia niebieskiego mundurka" Wiktora Gomulickiego lub "Marcin Kozera" Dąbrowskiej, to uczyni to z pewnością "Stara baśń" Józefa Ignacego Kraszewskiego. To lekcje martwego języka. Martyrologia ucznia polskiego.
Oczy się rozjeżdżają. Jak łyżwy Przy najlepszej woli, kto wytłumaczy mi sensowność wpychania dzieciom tego wszystkiego do głowy? Choćby były to lektury tylko uzupełniające? Próbowałem czytać je raz jeszcze, po latach, nie dałem rady. Przy każdej z nich oczy rozjeżdżały mi się na boki jak łyżwy i już do siebie nie wracały, opadała mi głowa i ręce. Chciałem wejść w skórę uczniów szkoły podstawowej, przez moment chociażby podzielić ich los. I doszedłem do wniosku, że wolałbym przestać te lata w kącie, ciekawiej. Lub oglądać w tym czasie na okrągło znaczki pocztowe z małpą i Papuasem, ciekawsze. Większość lektur, chodzi mi o pozycje nasze, należałoby wcisnąć w niebieski mundurek i zesłać gdzieś na Grenlandię, tak żeby nawet ślady "Czarnych stóp" (Seweryna Szmaglewska) po nich nie zostały (też lektura, rzecz dzieje się w górach, wątek sensacyjny to tajemnicze sygnały nadawane alfabetem Morse'a, ciekawe). Smakują one wszystkie jak kiedyś tran, aż twarz wykrzywia od tych wykopaliskowych, pokracznych, mdłych, kwiecistych i infantylnych ingrediencji.
I po co tych lektur aż tyle? Niech się uczniowie nauczą coś tam jako tako opisać. I jako tako wysławiać. Spytajcie dziecko w przedziale wieku od lat siedmiu do trzynastu o jakiś adres, usłyszycie coś na kształt murzyńskich bębnów: pójdzie pan tam, tam i tam.
Wakacje letnie są z jednej strony za długie. Z drugiej za krótkie na kurację po lekturach podstawówki i bezbolesne przejście do
gimnazjum. Tym bardziej że zaraz powieje w nim grozą: "Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?". Nic nie będzie. Między niebem a ziemią pałętać się będą jakieś duchy. Lekkie, półśrednie, ciężkie, trochę jak kategorie wagowe w boksie. Te przebywające w czyśćcu i niemogące zaznać wiecznego spokoju duchy zmarłych to na przykład dzieci, Józio i Rózia. Za dobrze miały na ziemi, a kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie (to Mickiewicz, nie ja).
Co robić dzisiaj z tymi bzdurami? Jedyny ciekawy, bo pikantny wątek to Zosia, pasterka. Skazana na niebyt, bo odprawiała z kwitkiem bardzo nią zainteresowanych. Wyrok: za obojętność wobec uczuć osób innych. Lat dziewiętnaście i po niej. Dosyć niebezpieczny apel do dziewczyn, które jeszcze w gimnazjum, bo morał z tego mniej więcej taki: Zośka, Zośka, dałabyś d... chociaż raz, nie byłabyś tu wśród nas (to ja, nie Mickiewicz).
Te wszystkie w "Dziadach cz. II" duchy przywoływać będzie i głowę im zawracać ktoś w rodzaju proroka, Guślarz, mistrz tej strasznie nużącej w czytaniu ceremonii. Mnie, starego, nużącej, co dopiero tych w ławkach. Cholera, nie dość, żem teraz z dala od kraju, to jeszcze Mickiewicza muszę czytać.
Najgorsze są typy, które, jak im się wydaje, że coś im wyszło, powtarzają raz jeszcze końcówkę, prawda? Tak też i Guślarz czyni, powtarzając co jakiś czas z bliżej nieokreślonym Starcem ostatnie cztery wersety. Chciałem zaoszczędzić wam cytatów, ale nie, nie oszczędzę. Tak więc świergoli Mickiewicz:
Patrzcie, ach, patrzcie do góry,
Cóż tam pod sklepieniem świeci?
Oto złocistym pióry
Trzepioce się dwoje dzieci.
Jak listek z listkiem w powiewie,
Kręcą się pod cerkwi wierzchołkiem;
Jak gołąbek z gołąbkiem na drzewie,
Jak aniołek igra z aniołkiem.