Ponad połowa Polaków nie tylko nie czyta książek, ale nie jest w stanie przebrnąć przez tekst dłuższy niż 3 strony. Jeśli szybko nie poradzimy sobie z odwrotem rodaków od książek, czeka nas cywilizacyjna zapaść. Dlatego rozpoczęliśmy akcję ''Czytamy w Polsce''.
Co czytają Michnik, Stasiuk, Świetlicki, Kondrat, Hartman? Jakie książki odmieniły ich życie? Codziennie w ''Gazecie Wyborczej'' i na wyborcza.pl nowe rozmowy z cyklu ''Czytamy w Polsce''.
McLuhan, Domosławski i Korczak, lektury szkolne i porno. O czym jeszcze w nowym magazynie ''Książki''? Dowiedz się więcej!
Gdy nie było jeszcze książek, nie było problemu. Nieliczni czytali sobie na głos uczone zwoje, a reszta cieszyła się klechdą i kazaniem. Dopiero gdy zaczęto kroić papier i oprawiać w deski, zrobiło się niebezpiecznie. Uczonych w piśmie, nie tylko świętym, zaczęło jakby przybywać. Ale prawdziwa katastrofa nastąpiła dopiero po wynalezieniu druku. Oto rozmaici niepowołani zeloci pokupowali sobie Biblię i zaczęli ją studiować na własną rękę, a nawet na własny rozum i sumienie.
Gutenberg wypuścił dżina z butelki, a dżin uczynił reformację. Po reformacji, niesyty, zabrał się do spraw świeckich. Drukowana plaga spadła na bezbronne owczarnie Europy i zamieniła pokorne baranki w stado politycznych wilków. Oto bezbożne gazeciarstwo, ów internet XVIII wieku, uczyniło z maluczkich rzemieślników i pisarczyków biedujących po miastach bluźnierczą "opinię publiczną". Na domiar złego żądni zysku xięgarze już od XVI wieku karmili lud jarmarcznymi romansidłami i bajdami o rycerzach, w których pod płaszczykiem cnoty i pobożności kipiała chuć i kotłowało poróbstwo.
Aż przyszedł ten czas, gdy nawet paryski prostaczek dość umiał składać litery, by odczytać rewolucyjną ulotkę: wolność, równość, braterstwo! Słowo pisane, przez tysiące lat służące pospołu możnym i uczonym do stróżowania wieczystemu porządkowi boskich praw na ziemi, wielce dla panów tych korzystnych, trafiwszy spod prasy do brudnych oficyn i pod chłopskie strzechy, obróciło się w oręż wolności. Wyzwoliło duchy narodów, oświeciło i zeświecczyło miejską masę, uwolniło naukę od scholastycznego wzdęcia.
Wolność do nieczytania Jednak prawdziwa i ostateczna potęga książki miała się objawić w czymś innym. Oto z łona odrodzenia i nasienia oświecenia narodziła się nowoczesna
kultura humanistyczna wykarmiona na powieści, wierszu i eseju, zapatrzona w Grecję, rozmiłowana w leśnych bajdach Północy, lecz przecież ciągle chrześcijańska. Rabelais, Cervantes, Montaigne przetarli szlak, którym poszła nowoczesna Europa. Szlak książki. I gdy w XX wieku oświecenie spełniło swą obietnicę i trafiło do mas, wszystkim się zdawało, że szczytem marzeń jest naród złożony z inteligentów, którzy nauczeni tego w szkole do grobowej deski delektują się Literaturą.
Guzik z pętelką. Zapomnijmy. Niemądre pretensje wymarłej sekty egzaltowanych czytelników wczytanych w Goethego, Manna, Prousta albo Joyce'a czas oddalić, a ich posłańców odprawić z powrotem do zakurzonych bibliotek. Niechaj sobie tam siedzą ci erudyci-maniacy, za pan brat z molem i roztoczem. Nam e-papier, czytnik i sieć. Niech żyje wolne czytanie! Książka przyniosła nam wolność - niechaj teraz pozwoli nam tę wolność praktykować.
10 książek gramotnego obywatela Mniej czytamy? Owszem, ale i tak więcej niż nasi pradziadowie, wprawdzie żyjący w epoce rozkwitu literatury, lecz w większości niepiśmienni. Czytamy szybko, łatwe i krótkie teksty? Cóż, na grube książki czas mieli i nadal mają nieliczni, za to wielu miało i dziś ma całe półki nieprzeczytanych nigdy tomów. Normalnie pracujący człowiek - dawniej i dziś - może sobie poczytać jakąś godzinkę albo dwie dziennie. To daje 20-100 stron zależnie od trudności tekstu i tempa lektury.
Odliczając połowę na gazety i czasopisma, dostajemy taki rachunek: gramotny, lecz pracujący obywatel czyta co roku 10-50 książek. W ciągu życia średnio pewnie z tysiąc. Zawodowy erudyta, pochłaniacz książek wyrabia tę normę w trzy lata. W dodatku rozumie i pamięta, co przeczytał, a zwykły inteligencki szaraczek nie za bardzo. Ten czyta dla przyjemności, niekoniecznie mądre rzeczy i wcale taki znowu mądry od tego się nie robi. Bo może i książki kształcą, ale jak kto głupi, to mu nawet cała biblioteka nie pomoże.
Moje życiowe tysiąc książek pozostawi mnie takim samym ignorantem w godzinę śmierci, jakim byłem za życia. Wszak to ledwie mała kropelka w oceanie tekstów, a nawet Tekstów. Swoją drogą z tymi wielkimi Tekstami też nie należy przesadzać, bo i tam głupstw nie brakuje.
Poza tym, gdy jeszcze byliśmy sobie małą Europą, mogło się nam wydawać, że jest jakaś jedna Wielka Literatura tworząca Kulturę. Homer z Platonem, Owidiusz z Horacym, Petrarka z Miltonem. Jednak gdy trochę wychynęliśmy na świat, widzimy, że takich klasyków i kanonów można by namnożyć, że taki Pendżab nie gorszy od Bałkanów, a mity Północy nie głupsze od mitów Południa. I nie o żaden multikulturalizm mi chodzi, lecz o to, że tego wszystkiego nie da się przeczytać i że wszyscy jesteśmy ignorantami, no, może z wyjątkiem Kani i Gondowicza, ale oni przecież od innej małpy pochodzą.
Do czytania rzeczy poważnych trzeba mieć talent i umysł znacznie więcej niż przeciętny. Dlatego próba wepchnięcia przeciętnego człowieka na widownię parnasu jest przedsięwzięciem niemądrym i niesmacznym. A dręczenie dzieci lekturami, z których nic zrozumieć nie mogą, bo nie dla dzieci je pisano, to już niemal perwersja. Gdy patrzę, co się biedactwom każe w szkole czytać, na te wszystkie bryki z internetu i "klucze" do egzaminów z polskiego, to ja bym już wolał, żeby mi dziecko poszło na
rower. Nie chcę, żeby moja córka wyrosła na przemądrzałą ćwierćinteligentkę, jaką chce z niej zrobić
szkoła. A obawiam się, że wielkie urzędowe "promowanie czytelnictwa" (kto wynalazł ten zwrot potworny?) tą samą ręką "strasznego mieszczanina" jest czynione co programy nauczania polskiego, klucze do matur i inne bezeceństwa w tym rodzaju.
O nie, nie marzę o Polsce pod rządami takich jak ja zwyrodnialców, którym w mózgach przerosły bicepsy poruszające językiem i piórem, ale nie chcę też Polski półinteligenckiej, urobionej łapami filistrów. Pragnę Polski ludzi wolnych i radosnych, co swój rozum mają, a czytają sobie od czasu do czasu, co im się podoba, dla przyjemności, a nie dla Kultury. Dawno już skapitulowałem, czyli "wyluzowałem", i to samo polecam Szanownemu Państwu.
Dzięki kompleksom Czytanie ma wszelkie cechy blagi lub mitu, jak kto woli. To tak jak z seksem. Wszystkim się wydaje, że inni mają go mnóstwo, w wielkim urozmaiceniu, a tylko oni sami jakoś tak szaroburo. Podobnie inteligentom wydaje się, że inni porządnie czytają, od deski do deski wartościowe rzeczy, a tylko oni mało i niedokładnie. Bez tego złudzenia i bez tych kompleksów nie byłoby zresztą poważnej literatury. Owładnięci mitem "czytelnictwa" autorzy biorą się do pracy w złudnym przekonaniu, że ktoś ich będzie czytał i rozumiał - nawet coś, czego nie udało im się powiedzieć. Z tych wszystkich narcystycznych iluzji, lecz także z przyjemności, jaką daje lektura, coś jednak dobrego wynika. W sumie przecież sporo dobrych rzeczy się pisze i czasem ktoś to jednak mniej czy bardziej uważnie poczyta. Jesteśmy od tego odrobinę inteligentniejsi i odporniejsi na ciemnotę. O mądrych zaś martwić się nie musimy. Ten gatunek, choć jest rzadki, to ma się wcale dobrze. Ludzie mądrzy zawsze będą i zawsze będą dużo czytać. Przetrwają mimo szkoły i "promowania czytelnictwa".
Waginalnie, digitalnie sączy się słowo Pisząc niniejsze w pociągu z Krakowa do Warszawy, moim drugim domu na kołach, mogłem poznać czytelnictwo narodowe organoleptycznie. Naprzeciw mnie, ach, blondynka. Blondynka czyta "Gazetę". Po chwili odkłada i bierze się do amerykańskiego romansidła w oryginale. Czytelniczka, okazuje się, właśnie zdała maturę, a jej prezentacja z polskiego dotyczyła "Wyznań nimfomanki" (czas poważnie rozważyć likwidację szkół...). Książki czyta przygodowe, a romansidło służy jej do nauki angielskiego, gdyż wybiera się do Albionu zarabiać na
studia z zakresu grafiki komputerowej. Zapewniła, że książki lubi i nigdy ich nie porzuci. Czytelniczka nowej ery - żadnych zahamowań.
Zapytała, co bym jej polecił. Mozolnie literujemy: Gargantua i Pantagruel. Oczarowany tą egzotyką wysiadłem na Centralnym z mocną wiarą: jeszcze książka nie zginęła! Waginalnie, digitalnie, po drogach żelaznych sączy się w mózgi słowo gramatyczne, słowo logiczne. Zawsze sobie drogę znajdzie. Tekstura oplata jej kibić, bluszcz kultury lubieżnie wspina się na łono kolejnej niewinnej Ewy.
Dość. Jesteśmy obrzydliwi. Stanowczo można się bez nas, satyrów pióra, obyć.